Margot Robbie gościem Yoli




Jeszcze kilka lat temu pomagała swoim dziadkom na farmie. Dziś 25-letnia Margot Robbie uważana jest za jedną z najseksowniejszych gwiazd Hollywood. Wszystko dzięki Martinowi Scorsese, który zaproponował jej rolę w przebojowym „Wilku z Wall Street”, a tym samym otworzył drzwi do wielkiej kariery. Z okazji premiery Legionu Samobójców, w którym Robbie wciela się w szaloną Harley Quinn, nasza amerykańska korespondentka Yola Czaderska-Hayek zapytała aktorkę o jej początki w branży, współpracę z Willem Smithem i wyboistą drogę do Hollywood. 25-letnia aktorka zdradziła również, dlaczego nie podoba się jej stereotypowy styl życia gwiazdy kina.

Yola Czaderska-Hayek: Muszę przyznać, że nic mnie tak ostatnio nie zaskoczyło, jak twoja rola w „Legionie samobójców”. Domyślam się, że fani komiksów o Batmanie doskonale wiedzą, kim jest Harley Quinn, ale może powiesz, jak ty ją postrzegasz?

Margot Robbie: Harley Quinn to właściwie kilka postaci w jednej. Z retrospekcji możemy się dowiedzieć, że kiedyś nazywała się Harleen Quinzel. Jako psychiatra miała przed sobą ambitne plany zawodowe, ale zakochała się w pacjencie. Jej wszystkie zahamowania, zasady w jednej chwili wyleciały przez okno. Kompletnie ześwirowała. Nadal tkwi w tym toksycznym, beznadziejnym związku, co z jednej strony może być nawet zabawne, z drugiej jednak czasami przykro na to patrzeć. Harley łączy też ekstremalne sprzeczności – fizycznie jest wyjątkowo silna, emocjonalnie jednak potrafi być niezwykle krucha. Bardzo mi się u niej podoba to rozdwojenie.

Czym się inspirowałaś, przygotowując się do roli?

Przede wszystkim komiksami, w których pojawia się Harley. To znakomite, bezcenne źródło informacji. Przeczytałam mnóstwo kolorowych zeszytów, dzięki którym byłam w stanie poznać tę postać. A do tego słuchałam rad Davida [Ayera, reżysera filmu – Y. Cz.-H.]. Zasugerował, żebym grała całkowicie wbrew sobie, w kontrze do własnych reakcji. Na przykład, w sytuacji konfliktowej ja dążyłabym do tego, żeby rozładować napięcie, dla Harley natomiast byłby to idealny moment, żeby jeszcze bardziej podkręcić śrubę i zaatakować. Musiałam więc odkryć swoją mroczną stronę. Co ciekawe, w dużej mierze wzorowałam się na moim ośmioletnim bratanku…

Słucham?

Tak, wiem, że to trochę dziwnie zabrzmiało, ale Harley ma w sobie coś z takiego małego łobuza, któremu frajdę sprawia wkurzanie dorosłych. I pod tym względem mało kto może się równać z moim bratankiem. Sposób bycia Harley, jej zachowanie w niektórych scenach – naprawdę sporo od niego przejęłam.

Harley to nie tylko zachowanie, ale także ekscentryczny kostium. Jaka była twoja reakcja, gdy zobaczyłaś go po raz pierwszy?

„O ja pierniczę!” (śmiech) Uwielbiam ten kostium. Uważam, że doskonale oddaje on charakter tej postaci. Harley nie obchodzi, co kto myśli na temat jej wyglądu. Zakłada ten strój wyłącznie dla siebie. Co prawda, ma on też swoje minusy. Na planie bywało czasami straszliwie zimno, a tu trzeba było biegać z gołymi nogami. Do tego koledzy z obsady mogli przynajmniej schować pod ubraniami ochraniacze na łokcie i kolana. Ja nie miałam tyle szczęścia. No i jeszcze te obcasy… Ale tak czy owak, kostium jest fantastyczny. Harley to ostra laska, więc nie mógł być inny.

W „Legionie samobójców” w Jokera wciela się Jared Leto. Nie obawiacie się porównań z ikoniczną kreacją Heatha Ledgera?

Powiem szczerze: nie zazdroszczę Jaredowi. Cieszę się, że sama nie musiałam zagrać postaci, w którą wcześniej tak wspaniale wcielił się inny aktor. Ale uważam, że nie mamy się czego wstydzić. Żałuję jedynie tego, że nigdy nie miałam okazji spotkać Heatha Ledgera – ani prywatnie, ani na planie. To jedno z moich marzeń, które już się nie spełni.

Za to już dwukrotnie zagrałaś z Willem Smithem [poprzednio w filmie „Focus” – Y. Cz.-H.]. Macie chyba do siebie szczęście.

Rzeczywiście można to nazwać szczęściem, bo Will to ktoś, z kim wyjątkowo dobrze się pracuje. Siedzi w tej branży już tyle lat, jest urodzonym przywódcą, ma autorytet. Gdyby nie był aktorem, mógłby zostać prezydentem.

Ronald Reagan też zaczynał jako aktor.

Ale ja mówię teraz serio. Jest wielu aktorów z długim stażem, z wyrobioną pozycją w Hollywood. Ale rzadko kiedy trafia się na kogoś, kto po prostu wchodzi do pokoju i od razu wszyscy do niego lgną. Will taki jest. To niesamowicie charyzmatyczny lider. Cieszę się, że już drugi raz mogłam się spotkać na planie z tym fantastycznym człowiekiem.

W „Legionie samobójców” podoba mi się to, że nareszcie nie wszyscy superbohaterowie – czy też superłotry – są facetami z jedną dekoracyjnie dodaną dziewczyną. Proporcje między płciami są wyrównane.

Prawda? Fajne jest to, że dziewuchy też mają okazję pokazać, że są silne. Legion to zdecydowanie nie jest klub tylko dla chłopaków. Tutaj każdy może przyłożyć bez względu na płeć.

Ty też sprawiasz wrażenie silnej dziewczyny. Przyjechać z dalekiej Australii do Hollywood i odnieść sukces – nie każdego na to stać! Kiedy właściwie postanowiłaś, że zostaniesz aktorką?

Na pewno nie była to jakaś konkretna chwila, w której zaświeciła mi się żarówka nad głową. Raczej powoli, stopniowo dojrzewałam do tej decyzji. Jako dziewczynka zawsze lubiłam udzielać się w szkolnym teatrzyku, ale nie traktowałam tego zajęcia w kategoriach sposobu na życie. Przede wszystkim dlatego, że nie znałam nikogo, kto profesjonalnie zajmowałby się aktorstwem, więc nie miałam pojęcia, jak właściwie wygląda ten zawód. Dlatego była to dla mnie bardziej zabawa niż praca. Dopiero z czasem zaczęłam skłaniać się ku tej profesji. Zagrałam niewielką rólkę w telewizji, potem jeszcze jedną, i jeszcze jedną. Potem pojawiły się już poważniejsze role, dzięki czemu mogłam nareszcie poznać ludzi, którzy dzięki tej pracy utrzymywali siebie i swoje rodziny. Pomyślałam: „Okej, to nie wygląda źle. Mogę zostać aktorką”.

Miałaś jakiś awaryjny plan na wypadek, gdyby ci nie wyszło? Może praca w jakimś pewniejszym zawodzie, na przykład prawniczki?

Śmiesznie wyszło, że akurat o tym wspomniałaś. U nas w Australii jest taki zwyczaj, że w szkole wychowawcy na podstawie ocen z poszczególnych przedmiotów doradzają uczniom wybór studiów i drogi zawodowej. I ja akurat miałam takie stopnie, że powiedzieli mi: „Koniecznie powinnaś studiować prawo”. Ja na to: „Ale dlaczego? Wcale nie chcę, to mnie w ogóle nie interesuje”. „Czym się w takim razie chcesz zajmować?”. Odparłam, że sama nie wiem, może organizowaniem imprez. Wtedy się dowiedziałam, że brakuje mi siedemnastu punktów do ogólnej oceny, by dostać się na odpowiedni kierunek. Pomyślałam sobie: „Nie to nie. Spakuję walizkę i będę jeździć po świecie”. I byłam gotowa to zrobić! Po czym dwa dni później dostałam rolę w serialu „Sąsiedzi”.

To było twoje jedyne zajęcie?

A skąd! Zaczęłam pracować, odkąd skończyłam dziesięć lat. A rolę w „Sąsiadach” dostałam, mając lat siedemnaście. Przez te siedem lat zdążyłam zrobić chyba wszystko: byłam ekspedientką w sklepie dla surferów, robiłam kanapki w Subwayu, sprzątałam domy, opiekowałam się dziećmi, pracowałam w aptece, chwytałam jakieś zlecenia w biurze, byłam kelnerką, stałam za barem, zmywałam naczynia. Na pewno o czymś zapomniałam, tyle tego było.

Ale od „Sąsiadów” do Hollywood wciąż daleka droga…

Dzięki temu serialowi byłam w stanie zaoszczędzić pieniądze na przyjazd do Ameryki. Zamiast je wydać na ciuchy czy drogie buty, opłaciłam sobie kursy aktorstwa. Wynajęłam też instruktora do pracy nad akcentem. Nie wiem, czy wiesz, ile coś takiego kosztuje, wbrew pozorom niemało. Ale dla mnie była to inwestycja. Wiedziałam, że o pierwsze role w Hollywood będę musiała walczyć na przesłuchaniach. Dlatego chciałam się do nich przygotować na tyle, na ile to możliwe. Wejść do pokoju z przekonaniem, że mogę dać z siebie wszystko. I dzięki temu jakoś się udało.

Powiedziałaś, że chciałaś spakować walizkę i ruszać w świat. Mam wrażenie, że od tamtej pory bez przerwy jesteś w podróży. Co chwila mieszkasz w innym miejscu.

No tak, jeszcze niedawno mieszkałam w Londynie, teraz od ponad dwóch miesięcy siedzę w Budapeszcie. Mieszkamy ze znajomymi w siedmioro.

Siedmioro? Już sobie wyobrażam ten bałagan.

Bez przesady, nie jest tak źle. Raczej nie dopuszczamy do sytuacji, w której podłoga się lepi, bo tego bym nie zniosła, ale z drugiej strony też nie należę do osób, u których w domu wszystko musi się błyszczeć. W tej chwili w ogóle nigdzie nie zapuszczam korzeni.

Nie marzysz o własnym domu?

Tego nie powiedziałam. Tylko nie jestem jeszcze na to gotowa. Mam dwadzieścia pięć lat. W tym wieku mieszkanie z kupą znajomych wydaje się normalniejsze niż marzenia o domu i rodzinie. Z tego, co wiem, nikt z moich przyjaciół nie ma na razie takich planów. Nie dlatego, żeby im to nie odpowiadało. Po prostu to jeszcze nie jest odpowiedni moment na budowanie domu. Ale za jakiś czas z pewnością chciałabym się gdzieś osiedlić i ustatkować.

Trudno uwierzyć, że aktorka z twoją pozycją mieszka z szóstką współlokatorów.

Nie jestem rozrzutna. W naszej rodzinie, odkąd pamiętam, musieliśmy liczyć się z każdym groszem. Może dlatego dzisiaj mam jakiś absurdalny lęk przed szastaniem pieniędzmi. Kiedy mam ochotę kupić sobie coś drogiego, odzywa się we mnie jakiś głos: „Przecież to idiotyzm wyrzucać tyle forsy na coś, co tak naprawdę nie jest ci potrzebne”. Tylko raz w roku przestaję się hamować. Jestem w stanie wydać każdą kwotę na prezenty pod choinkę dla rodziny i znajomych. I świetnie się przy tym bawię.

Jak widzę, obcy ci jest kompletnie gwiazdorski styl życia. Za chwilę pewnie mi powiesz, że nie przestrzegasz żadnych diet, którymi katują się aktorki z Hollywood?

No bo tak jest! Masz rację, nie przestrzegam żadnych diet. Z prostego powodu: brakuje mi samokontroli. Nie byłabym w stanie narzucić sobie żadnego żywieniowego rygoru. Zaraz by mnie kusiło, żeby zjeść coś, czego mi nie wolno. Dlatego nie zawracam sobie głowy żadnymi dietami i dobrze mi z tym.

Co w takim razie najbardziej lubisz jeść?

Bo ja wiem? Hamburgery? Naprawdę, nie jestem pod tym względem wybredna. Lubię tak zwaną zdrową żywność, ale kłopot w tym, że nie wszędzie da się na nią trafić. Tutaj, w Los Angeles, to akurat żaden problem, ale przy moim podróżniczym trybie życia często trafiam do miejsc, w których nie można sobie pozwolić na wybrzydzanie. I je się to, co akurat jest pod ręką.

Tak z ciekawości: nadal jeszcze chodzisz na przesłuchania?

Oczywiście! Choć z perspektywy czasu uważam, że to nie jest najlepszy sposób na pokazanie swoich możliwości. Człowiek znajduje się pod ogromną presją, w miejscu, które nie sprzyja kreatywności, po czym musi właściwie stworzyć coś z niczego. Ale cóż, taka jest natura tej pracy. Moja recepta na udane przesłuchanie to: bądź przygotowany. Jeżeli masz kłopoty z akcentem, popracuj z instruktorem. Nie idź na żywioł. Nie zgłaszaj się, jeżeli nie jesteś naprawdę gotowy. Jasne, każdemu pomaga co innego, ale w moim przypadku to naprawdę zadziałało.



[Yola Czaderska-Hayek]