Honoring Yola Czaderska-Hayek at the Motion Picture Mothers 2016 Holiday Gala gościem Yoli



Yola Czaderska-Hayek, korespondentka filmowa i promotorka polskiej kultury w USA, wyróżniona została prestiżową nagrodą Hollywood. W rozmowie z tvn24.pl wyznała, że czuje się doceniona, opowiedziała o kulisach życia w stolicy światowego kina i zdradziła, którego prezydenta USA najmilej wspomina.

Yola Czaderska-Hayek nazywana jest przez amerykańską prasę "polską pierwszą damą w Hollywood". Od ponad 30 lat przeprowadza wywiady z największymi gwiazdami amerykańskiej kinematografii, opisuje kulisy życia w Hollywood. Sama siebie określa historykiem i kronikarzem westernu oraz tzw. złotej ery Hollywood (1930-50).

Bierze udział w oscarowych galach nieprzerwanie od 1982 roku, kiedy jako tłumaczka towarzyszyła Zbigniewowi Rybczyńskiemu podczas odbierania statuetki. Na koncie ma także wywiady z kilkoma prezydentami USA. Jest jedyną przedstawicielką polskiej prasy w Hollywoodzkim Stowarzyszeniu Prasy Zagranicznej (Hollywood Foreign Press Association - HFPA) - organizacji przyznającej Złote Globy.

O przyjęciach w jej hollywoodzkim domu - Belvedere - mówi amerykańska socjeta. Odkąd przeprowadziła się do Stanów Zjednoczonych, promuje kulturę polską, za co wielokrotnie została odznaczona. Przez te wszystkie lata - jak sama mówi - gościła u siebie "nie setki, nie tysiące, ale dziesiątki tysięcy" amerykańskich i polskich najwybitniejszych przedstawicieli świata kultury.

Jest pomysłodawczynią i fundatorką International Star Awards, statuetki przyznawanej od 1992 do 2000 roku legendarnym artystom filmów westernowych. Chociaż nigdy nie zagrała w filmie, ani w inny sposób nie brała udziału w produkcji filmowej, to traktowana jest jak prawdziwa gwiazda Hollywood. Z Yolą Czaderską-Hayek rozmawiał Tomasz-Marcin Wrona.

Tomasz-Marcin Wrona, tvn24.pl: Special Award przyznana przez Motion Picture Mothers to kolejne odznaczenie, którym została pani wyróżniona. Jaka była pani reakcja?

Jestem ciągle zaskoczona, nie wiem czy mi się należy, czy nie. Wszystko, co robię, robię z serca. Te wszystkie rzeczy to prawdziwa działalność charytatywna. Myślę, że bardzo miło jest być docenionym. A to zdanie zapożyczyłam od Stevena Spielberga. W 1985 roku, kiedy jego film "Kolor purpury" otrzymał 11 nominacji do Oscara [a nie otrzymał żadnej statuetki - red.], był zdruzgotany. Powiedziałam mu: "Steven, nie przejmuj się. Jeszcze dostaniesz tyle Oscarów, że na półce ci się nie zmieszczą". Opowiedział mi: "może będę miał, może nie, ale pamiętaj Yola, my musimy być docenieni za naszą pracę". Będąc wyróżnioną tą specjalną nagrodą, czuję się doceniona.

Dołącza pani do prestiżowego grona osób, które przez te wszystkie lata otrzymały to wyróżnienie.

To są wielkie nazwiska. Naprawdę wielkie. Przez te 90 lat laureatami nagrody zostali: Robert Taylor, Doris Day, Peter Falk czy Gary Cooper. W Polsce może nikt nie słyszał o tym wyróżnieniu, ale w Los Angeles cieszy się prawdziwym uznaniem.

A jak to się stało, że w ogóle weszła pani w świat gwiazd filmu?

Ciężko na to zapracowałam. W zasadzie to było tak, że jeszcze jako 12-latka marzyłam, że będę mieszkać w zabytkowej rezydencji pod napisem Hollywood i że poślubię księcia z bajki. Tak się też stało. Wie pan, wszystko, co sobie wymyślę, wszystko o czym marzę, urzeczywistniam. Nawet mój mąż śmieje się i mówi, że muszę uważać na to, o czym marzę, bo jeszcze się spełni (śmiech). Mojego męża, kapitana American Airlines, spotkałam w Krakowie. Zakochaliśmy się od pierwszego spojrzenia. Przyjechałam do Newport Beach, gdzie Ed mieszkał i miał swój jacht. Ja chciałam jednak zamieszkać na wzgórzach Hollywood. On wtedy mi powiedział: Hollywood? Zgłupiałaś, przecież piloci nie znoszą Hollywood. W końcu kupił tę naprawdę piękną posiadłość i tu mieszkamy. Nie przyjechałam do Ameryki za chlebem, żeby spełniać swoje marzenia. Marzenie spełniło się samo.

Skoro pani marzyła o Hollywood, nie chciała być pani gwiazdą filmową?

A skądże! Nigdy, nigdy nie chciałam zostać gwiazdą filmową. Za żadne miliony. Podczas wywiadów, czasem aktorzy mówili mi, że mogłabym być aktorką, ale niech mnie Bóg broni. To jest najcięższy i niestabilny zawód. Mam przede wszystkim umiejętności producenckie. Może trochę reżyserskie, ale bardziej nadaje się na producenta. Wszystkie te przyjęcia, które się u mnie odbywają, to sama wymyślam, produkuję. Jak bym więc miała pracować w filmie, to tylko jako producentka. Myślę, że mam talent do PR-u. Jednak gdy gwiazdy pytały mnie, czy zostanę ich agentką, zawsze odmawiałam. Wiem, czego chcę od życia, robię to, co robię. Wiem, kim jestem i dokąd zmierzam, mam własny kurs, który obrałam kiedyś. Jeszcze w Tarnowie, jako 12-latka pisałam do rubryki "Czytelnicy piszą" w jednej z gazet.

A jak się zaczęła pani kariera korespondentki z Hollywood?

Zupełnie przez przypadek. Najpierw pojawił się mój tekst w "Przekroju" po tym, jak Bruce Springsteen nagrywał w moim domu teledysk do "I'm on Fire". Skontaktowała się ze mną redakcja "Ekranu" i tak to się zaczęło.

Pani kariera, nawet sama historia miłosna - o której w Krakowie, gdzie pani studiowała, krążą legendy - przypominają scenariusz filmowy.

Do tej pory dostałam trzy oferty, żeby powstał o mnie film dokumentalny. Gdy zaczęłam przeglądać te moje pudła w archiwum, zaczęłam myśleć, ile w życiu zrobiłam, to stwierdziłam, że nie wiem, co w tym filmie mogłoby się znaleźć. Musiałby chyba powstać serial o mnie (śmiech).

W Hollywood rozmawiała pani z każdą liczącą się tam osobą. Czy jest ktoś, z kim chciała pani zrobić wywiad, a do tej pory to się nie udało?

Robert De Niro, ale on zawsze proponuje spotkanie w Nowym Jorku, gdzie cały czas siedzi. Nie kocham go aż tak bardzo, żeby dla niego lecieć na Wschodnie Wybrzeże. Kiedyś w końcu tu przyjedzie (śmiech). W sumie sama nie wiem, ile już tych wywiadów zrobiłam. Samych zdjęć z rozmów z gwiazdami mam 3 tysiące. Dzielę jednak swoją pracę na okres przed i po upadku komunizmu.

A co się zmieniło w Hollywood przez te lata?

To już nie jest to samo. Przestałam też robić te wszystkie wielkie przyjęcia w domu, bo wielcy aktorzy, moi przyjaciele już zmarli. Niegdyś na przyjęciach miałam 80 wielkich aktorów starszego pokolenia jednocześnie, którzy już nie żyją. Wtedy też dołączyłam do HFPA, żeby mieć dostęp do młodych aktorów.

Ten dawny świat aktorski, nie tylko moi znajomi, ale jeszcze wcześniej, oni byli jak jedna wielka, kochająca się rodzina. To były zupełnie inne czasy. Można było pójść do restauracji i spotkać, porozmawiać z największymi gwiazdami tzw. złotej ery. Teraz, a w zasadzie od pierwszych ataków terrorystycznych, to każdy aktor ma przy sobie dwóch, trzech ochroniarzy. Poza tym oni już nie mieszkają w jednym miejscu. Clooney przeważnie jest we Włoszech, inni w Arizonie albo w Nowym Meksyku. Oni nie są już tak blisko ze sobą. Wszystko przez to, że dawniej wybitni aktorzy byli w Hollywood na kontraktach, które trwały mniej więcej pięć lat. Nawet gdy ktoś chwilowo nie grał w żadnym filmie i tak otrzymywał wynagrodzenie. Wtedy też grano nawet w pięciu filmach rocznie, najlepsze, najsłynniejsze role tworzyli w ciągu sześciu tygodni. Studia filmowe, gdy była taka potrzeba, wypożyczały swoich aktorów między sobą.

A jak pani ocenia młode pokolenie amerykańskich aktorów?

Jeśli chodzi o talent, to jest cała rzesza szalenie zdolnych ludzi. Nastała nowa era i robi się zupełnie inne filmy. Co do aktorów, nie mogę powiedzieć, że dawniej byli lepsi. Mamy wspaniałych aktorów, którzy są bardzo uniwersalni. Miałam kilka dni temu wywiad z Andym Garfieldem, który znany jest ze "Spidermana", a teraz zagrał u Mela Gibsona w "Przełęczy ocalonych". Wypadł naprawdę super. Przypuszczam, że będzie nominowany do Oscara.

A jacy są prywatnie?

Nie wiem. Trudno mi powiedzieć, bo gdy spotkam się z nimi na wywiad, to oni mają nadzieję, że będę na nich głosować w Złotych Globach. Są kochani, mili. Nie wiem, jak traktują innych. Czasem zachowują się zabawnie, ale generalnie są mili.

Z tego, co udało mi się dowiedzieć, nie lubi pani premier filmowych.

Żadnych imprez nie lubię. Prawie nie piję alkoholu - tylko czasem do obiadu muszę wypić kieliszek wina. To mam po swoim ojcu, który nie znosił alkoholu. To jest mało popularne, ale tak jest. Na tych imprezach też nie jem, bo muszę trzymać moją dobrą figurę. Nie mówię piękną, ale dobrą (śmiech). Wszyscy się upijają i głupio gadają, a ja sobie myślę o tym, kiedy wrócę w końcu do domu. Do moich trzech piesków.

Poza gwiazdami Hollywood, udało się pani dotrzeć do kilku prezydentów USA.Którego z nich pani najmilej wspomina?

(Ronalda) Reagana.

Zawsze przy tych rozmowach były obecne żony i mój mąż. Ale jak stawaliśmy do zdjęcia, pamiętam, że nikt mnie tak nie przytulił jak Reagan. Wie pan, to nie miało żadnego podtekstu - było bardzo przyjazne. Był niezwykle ciepłym człowiekiem i niesłychanie dobrze mi się z nim rozmawiało.

Reagan wywodził się ze środowiska hollywoodzkiego, więc może przez to złapaliście dobry kontakt?

W trakcie rozmowy powiedział mi, że na pewno będzie dobrym prezydentem. Mówił, że przeważnie kandydaci startują w wyborach dla sławy, a on już był sławnym aktorem. Reagan jeszcze jako gubernator Kalifornii był pierwszym, który założył organizację charytatywną pomagającą bezrobotnym aktorom. Z jednej strony był bardzo stanowczy, ale także miał wielkie serce.


Wielokrotnie doceniana była pani za promocję polskiej kultury w USA. Jednak słyszałem, że nie miała pani łatwego życia z Polonią w Los Angeles.

Zaraz po przyjeździe do Ameryki zauważyłam, że oni nic nie wiedzą o polskiej kulturze. A zaczęło się od tego, że gdy pracowałam przy programach rezydencji dla artystów, przyjechał Gustaw Holoubek wraz z Magdą [Zawadzką, żoną Holoubka -red.], który miał coś zaprezentować. Przyjechali do mnie ze łzami w oczach, gdyż okazało się, że trafił do pustego teatru. Wzięłam ich wtedy na plany filmowe. Później przez wiele lat wynajmowałam kina, gdzie pokazywane były polskie filmy. W sumie to Ed płacił, wszystko jest dzięki Edowi. Nawet kiedyś mi powiedział, że miałabym drugi Belvedere za te pieniądze, które przeznaczył na polską kulturę.

Jednak było pewne przełomowe wydarzenie. Do Los Angeles przyjechała Izabella Cywińska, pierwsza minister kultury III RP. Na przyjęciu, które dla niej zorganizowałam byli aktorzy z Polski, Amerykanie. Przedstawiciele każdej tutejszej organizacji polonijnej byli proszeni. Była jednak pewna pani - nie chce podawać personaliów - która chciała być Yolą. Niestety, jest bardzo brzydka (śmiech). Chciała robić takie przyjęcia jak ja, ale gdy ktoś na przykład załatwił jej możliwość zaproszenia Meryl Streep, to ona nie wiedziała, kim Meryl jest (śmiech). Zwerbowała kilku innych ludzi i zorganizowali na mojej ulicy pikietę przeciwko mnie i Cywińskiej, nazywając nas komunistami. Pojawiły się bardzo obraźliwe napisy - niektóre z nich mam w garażu do tej pory (moi znajomi powyrywali niektórym z pikietujących). Ed wydaje dziesiątki tysięcy dolarów na te wszystkie pokazy filmowe i promocje polskiej kultury, a tutaj taka demonstracja. To był moment przełomowy. Ed powiedział: "F*ck it! No more Polish culture" ["Pie***lić to! Koniec z polską kulturą" - red.]. Udało mi się z mężem wynegocjować, że nadal organizujemy i fundujemy pewne rzeczy, ale już nie w takim stopniu jak wcześniej. Widzi pan, jak zostałam potraktowana przez Polonię?

Może to efekt zazdrości? W końcu jest pani jedyną Polką w HFPA.

Wtedy jeszcze nie byłam w stowarzyszeniu. Nie lubię o sobie w ten sposób mówić, nie lubię się chwalić, ale domyślam się, że zazdroszczą mi pięknego i dobrego męża, wspaniałej posiadłości i mojej osobowości. Mam siłę przebicia, którą pozwala mi odnaleźć się w każdej sytuacji.

W tym także od 17 lat jako jedyna Polka, która ma wpływ na Złote Globy. Co jest szczególnego w ceremonii wręczania tych nagród?

To jest - jak różni obserwatorzy piszą - "ostatnie, największe i najlepsze party Hollywood, tak jak to było za dawnych czasów". To dość mała impreza - najwyżej tysiąc osób. Na galę, która odbywa się tradycyjnie w Beverly Hilton Hotel, jest bardzo ciężko się dostać. Zaproszenia otrzymują tylko nominowani z rodzinami, my [członkowie HFPA -red.] z jednym gościem oraz dygnitarze. Podczas ceremonii widać tą wielką filmową rodzinę i atmosfera jest zupełnie inna. Wszyscy siedzą przy stołach, jest obiad, ludzie ze sobą rozmawiają, podchodzą do siebie. A na Oscarach? Ludzie siedzą w rzędach widowni teatralnej... no dobrze, ostatnio zamawiają pizzę czy ciasteczka, ale to ciągle nie to. Oscary są nudne. Wewnątrz Złotych Globów jest pełna swoboda. Każde studio filmowe po gali na osobnym piętrze hotelu organizuje własne przyjęcie tak, że to jest niesamowite przeżycie. Jadąc windą, można spotkać wiele gwiazd różnych filmów. To naprawdę jedyne takie wydarzenie.

A jak wygląda proces głosowania? Czy to jest jakieś spotkanie wszystkich członków, na których wskazujecie nominowane produkcje?

Nie, ja już głosuję od pięciu dni. W każdej z 25 kategorii filmowych i telewizyjnych muszę zgłosić swoich pięciu kandydatów. W zasadzie cały proces nominowania trwa cały rok. Mamy wiele posiedzeń. Potem każdy z członków otrzymuje taką grubą książkę, w której zebrane są wszystkie produkcje spełniające warunki do kwalifikacji. To właśnie na podstawie tej księgi wybieramy własnych kandydatów. Rocznie to jest około 300 filmów amerykańskich i 85 zagranicznych.

 

Motion Picture Mothers, będąca częścią najstarszej filmowej organizacji charytatywnej w USA - Motion Picture and Television Fund (założonej w 1921 r.) - przyznała Yoli Czaderskiej-Hayek specjalną nagrodę za "hojnie poświęcony czas, talent i wsparcie finansowe przez wiele lat". W zarządzie Motion Pictures and Television Fund obecnie zasiadają między innymi takie sławy jak: Steven Spielberg, George Clooney, Michael Douglas, Warren Beatty, Kevin Spacey, Jeffrey Katzenberg.



[Yola Czaderska-Hayek]