Woody Harrelson gościem Yoli



Zdaniem naszej znającej Fabrykę snów jak własną kieszeń korespondentki jest jednym z najsympatyczniejszych ludzi w branży. Właśnie dlatego poniższa rozmowa jest znacznie dłuższa od większości tych, którymi raczyła nas w ciągu ostatnich 24 miesięcy. Dlaczego nie warto zaczepiać policji? Z jakiego powodu zwinął interes po 15 latach? Co sprawiło, że w obecności ćmiącego jointa Jacka Nicholsona czuł się nieswojo? Jak trafił do obsady "Wojny o planetę małp" (już w kinach)? Yola Czaderska-Hayek rozmawia z Woodym Harrelsonem. Zapraszamy!

Yola Czaderska-Hayek: Od dawna kojarzę Cię jako jednego z najsympatyczniejszych ludzi w Hollywood. Tymczasem w "Wojnie o Planetę Małp" zagrałeś wyjątkowo mroczną, brutalną postać. Jak to się stało?

Woody Harrelson: Taki już urok tego zawodu. Czasami wcielamy się w postacie, które krańcowo się od nas różnią. Ale żeby jakoś zrozumieć swojego bohatera, powtarzałem sobie w myślach jego motywację. Pułkownik jest głęboko przekonany, że wszystko, co robi, odbywa się dla dobra ludzkości. Nawet jeśli musi w tym celu uciekać się do przemocy.

Co najbardziej podobało Ci się w scenariuszu?

Zacznę może od tego, że jestem fanem dwóch poprzednich części. Bardzo podobała mi się "Geneza Planety Małp". Zafascynowała mnie postać Caesara, jego wewnętrzny konflikt i skomplikowane relacje z ludźmi. A potem "Ewolucja…" kompletnie zwaliła mnie z nóg. Była równie dobra, co poprzedni film, a może nawet lepsza! A to się prawie nigdy nie zdarza. To absolutna rzadkość. Dlatego nie mogłem się doczekać trzeciej części. Po prostu jako widz, bo nawet nie sądziłem, że pojawi się okazja, by wziąć w niej udział. A kiedy już do tego doszło, byłem gotów przyjąć dowolną rolę: człowieka, małpę, nieważne. Myślałem, że pozwolą mi zagrać pozytywnego bohatera, ale zamiast tego trafił mi się czarny charakter.

Goryle i szympansy są w filmie Twoimi wrogami, ale o ile wiem, w rzeczywistości kochasz zwierzęta?

Oczywiście! Moje ukochane zwierzęta to psy. Mam z nimi najlepsze doświadczenia. Myślałem nawet, żeby zrobić sobie koszulkę z napisem: "Najporządniejsi ludzie to psy" (śmiech). A na plecach: "A dzieci zaraz po nich".

"Wojna o Planetę Małp" to przede wszystkim kino rozrywkowe, ale mam wrażenie, że kryje się w nim także całkiem poważne ostrzeżenie: bądźmy świadomi tego, co się dzieje z naszą planetą, bo już naprawdę niewiele nam brakuje do globalnego kataklizmu. Nie odnosisz takiego wrażenia?

Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że zadałaś mi to pytanie. Tak, całkowicie zgadzam się z tym, co powiedziałaś. Uważam, że apokalipsa nadciąga wielkimi krokami. Na całym świecie temperatura wzrasta, topnieją lodowce, a mimo to wciąż u władzy mamy takich idiotów, jak ten senator, który dwa lata temu, kiedy nastała wyjątkowo ostra zima, rzucał śnieżkami i krzyczał: "Macie wasze globalne ocieplenie!". Wyjątkowy kretyn. Są naukowe dowody na to, że globalne ocieplenie jest faktem. Co chwila giną kolejne gatunki zwierząt. Matka Natura, niestety, przegrywa tę walkę, ale konsekwencje będą fatalne dla nas wszystkich. Tymczasem większość ludzi zachowuje się jak pasażerowie "Titanica": orkiestra pięknie gra, statek co prawda jakby w coś uderzył, ale nieważne, zatańczmy, bo jest tak miło, nie psujmy nastroju ostrzeżeniami, że właśnie zaczynamy tonąć.

Co zatem możemy zrobić, żeby nie wpłynąć na tę górę lodową?

Przede wszystkim jak najmniej zanieczyszczać środowisko. Nie chodzi o to, by jeździć elektrycznym samochodem, co akurat ja robię, czy czerpać prąd z baterii słonecznych. Chodzi o to, by mieć świadomość, jak nasze działanie wpływa na otoczenie. Mam na myśli przede wszystkim śmieci. Kupujemy sobie kawę w papierowym kubku, a potem zgniatamy go i wyrzucamy. I koniec, on już przestaje dla nas istnieć. A przecież istnieje dalej. Warto dowiedzieć się, co się z takim przedmiotem później dzieje, dokąd on trafia. Czyli środek zaradczy numer jeden to edukacja. A tak poza tym, najlepiej być miłym dla innych (śmiech). Naprawdę, pomyśl o tym! Wystarczy, że uśmiechniesz się do kogoś. Ciebie to nic nie kosztuje, a komu innemu doda energii. To fajny pomysł, warto go wykorzystać: uśmiechy jako odnawialne źródło energii.

Mówisz: edukacja. Ładnie brzmi, ale jak to przeprowadzić w praktyce?

Nie wiem. Naprawdę, nie wiem. Przede wszystkim chciałbym uniknąć wrażenia, że staram się dyktować ludziom, jak mają żyć. Nie o to mi chodzi. Nie uważam się za żaden autorytet, zwłaszcza że zrobiłem w życiu parę rzeczy, których zdecydowanie nie warto naśladować. Wolałbym raczej zachęcać ludzi do samodzielnego myślenia, do podejmowania racjonalnych decyzji. By każdy zastanowił się, co może zrobić we własnym zakresie, by poprawić sytuację na naszej planecie. Od razu dodam, że nie chodzi mi o protesty czy manifestacje przeciwko wycinkom drzew czy wydobyciu ropy naftowej. Wszyscy dobrze wiemy, że takie akcje niewiele dają. Jak nie będą wiercić w tym miejscu, to zaczną w innym. Przemysł naftowy to zaraz po zbrojeniowym najpotężniejszy biznes na świecie, oni się protestami nie przejmują. Co natomiast możemy zrobić – to przemyśleć, z jakich źródeł czerpiemy energię i do czego ją wykorzystujemy. W dzisiejszym świecie energia to klucz.

O ile wiem, próbowałeś kiedyś wprowadzić na rynek papier, do produkcji którego nie trzeba ścinać drzew. Co się dzieje z tym projektem?

Niestety, po piętnastu latach nierównej walki trzeba było zwinąć interes. Nasz papier jest pochodzenia zbożowego i rzeczywiście nie wymaga niszczenia drzew. Ale w żaden sposób nie udało nam się rozkręcić tego biznesu. Próbowaliśmy zainteresować naszym papierem firmy handlujące artykułami biurowymi, ale one w dupie mają ekologię. W ostateczności, jeśli chcą zademonstrować, że dbają o środowisko, zamawiają papier z recyclingu. Nie muszę dodawać, że jest on o wiele gorszej jakości niż nasz. No ale trudno, nie wyszło. Mam w magazynach sporo zapasów do sprzedania, gdyby ktoś był chętny (śmiech). Nie wykluczam, że kiedyś do tego pomysłu wrócę. Najlepiej, gdybym miał własny młyn. Podoba mi się ten plan: młyn do produkcji papieru.

Jesteś ostatnio bardzo zapracowany. Wkrótce premierę będą miały aż trzy filmy z Twoim udziałem: "Szklany zamek", "Trzy billboardy za Ebbing, Missouri" i "LBJ". Mógłbyś coś o nich opowiedzieć?

Zacznę może od "Trzech billboardów". Cieszę się ogromnie, że Martin McDonagh dał mi rolę, bo uwielbiam tego reżysera, po pierwsze za "Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj", po drugie za "7 psychopatów". Ten film jest jednak inny, troszeczkę w stylu braci Coen. Genialna historia ze wspaniałymi kreacjami Sama Rockwella i Frances McDormand. Zapowiada się naprawdę świetnie. Z kolei rzecz, która wychodzi lada moment, w sierpniu, to "Szklany zamek". Ogromnie podobała mi się książka [film powstał na podstawie autobiografii Jeannette Walls – Y. Cz.-H.] i bardzo byłem ciekaw scenariusza na jej podstawie. Tego rodzaju opowieści to zawsze wyzwanie, człowiek nigdy nie ma pewności, jak będzie wyglądał ostateczny kształt. No i czy rzecz uda się udźwignąć aktorsko. Ale uważam, że wyszło znakomicie. Brawa należą się szczególnie Brie Larson za główną rolę. A co do "LBJ"… Tego filmu trochę się obawiam. Jest jak najmizerniejsze z trójki dzieci – takie, o które człowiek martwi się najbardziej. Nie uważam, żeby było się czego wstydzić, bo Rob Reiner wykonał fantastyczną robotę, ale kłopot w tym, że nie tak dawno powstał już inny film o Lyndonie B. Johnsonie, z Bryanem Cranstonem [chodzi o produkcję z 2016 roku, "Do końca" – Y. Cz.-H.]. Dlatego boję się, że widzowie mogą nie chcieć oglądać po raz drugi historii o tym samym prezydencie. Choć akurat Ron podszedł do jego biografii pod innym kątem. Wybrał moment tuż przed tym, jak Johnson objął urząd i zestawił go z pierwszymi dniami po przeprowadzce do Białego Domu… Wszyscy wiemy, jakich okolicznościach. Bardzo fajnie było wcielić się w Lyndona B. Johnsona, to barwna, ciekawa postać. Choć wymagała dużo charakteryzacji.

Oczywiście muszę Cię zapytać także o "Gwiezdne wojny". Kogo grasz w filmie o młodym Hanie Solo?

Mogę Ci powiedzieć tylko tyle, że mój bohater nazywa się Beckett i jest przestępcą. Nic poza tym (śmiech). Uwielbiam "Gwiezdne wojny" i jestem niesamowicie podjarany tym, że dostałem rolę w tym cyklu.

A jak to się właściwie stało? Zgłosiłeś się na przesłuchanie?

Nie, etap chodzenia na przesłuchania mam już szczęśliwie za sobą. I bardzo dobrze, bo to nie były miłe czasy.

Co się w takim razie stało?

Byłem w trakcie realizacji filmu "Lost in London", do którego napisałem scenariusz i sam go reżyserowałem. Jak się domyślasz, miałem wtedy mnóstwo spraw na głowie. I pod sam koniec zdjęć dostałem telefon: "Słuchaj, musisz spotkać się z tymi facetami, którzy kręcą film o Hanie Solo". I tak się stało. Poznałem Phila Lorda i Chrisa Millera, polubiliśmy się… i dalej już poszło samo.

Powiedziałeś, że czas chodzenia na przesłuchania masz już na szczęście za sobą. Aż tak źle je wspominasz?

Mam za sobą całe mnóstwo nieudanych przesłuchań i dręczy mnie świadomość, że wiele razy mogłem wypaść lepiej. Najbardziej żałuję, że nie wyszło mi z rolą w "Lepiej być nie może", na której bardzo mi zależało. Pojechaliśmy wtedy z Jimem Brooksem [reżyser filmu – Y. Cz.-H.] do domu Jacka Nicholsona. Jack oglądał mecz koszykówki, jadł spokojnie spaghetti, palił jointa, był zrelaksowany, nigdzie się nie spieszył. W końcu Jim spytał: "No dobra, możemy zaczynać?". Mam wrażenie, że Jack był chyba zakłopotany całą sytuacją, miał poczucie, że nie powinien uczestniczyć w przesłuchaniach razem z innymi aktorami, zwykle przecież tego nie robił. Oczywiście nie dał po sobie nic poznać i po wszystkim zaprzyjaźniliśmy się serdecznie, ale… no cóż, wtedy coś nie zagrało. Szkoda. Wiem, że zawaliłem i do dzisiaj nie mogę się z tym pogodzić.

Co więc powiedziałbyś początkującym aktorom, którzy nie mają wyboru i muszą chodzić na przesłuchania?

Mogę podać jako przykład dwa najważniejsze przesłuchania, jakie zaważyły na mojej karierze. Pierwsze dotyczy spektaklu teatralnego "Biloxi Blues" – to sztuka Neila Simona, która w 1985 roku zdobyła nagrodę Tony za najlepszy dramat. Byłem wtedy w dosyć trudnym położeniu, wydawało mi się, że to już koniec marzeń o karierze aktora. Chciałem zostawić Nowy Jork w diabły i wrócić do domu. Ale pomyślałem sobie, że może jeszcze pójdę na to jedno przesłuchanie. Nie zależało mi na tym, czy dostanę tę rolę, czy nie. To znaczy, tak naprawdę mi zależało, ale wmówiłem sobie, że nie. Więc nie czułem żadnej presji. I poszło mi świetnie! A drugie przesłuchanie odbyło się trochę później. Miałem akurat wolne w teatrze, bo grałem małą rolę w filmie z Goldie Hawn. Zatrzymałem się w Los Angeles i niedługo trzeba było wracać do Nowego Jorku, na Broadway, bo zaczynały się nowe spektakle "Biloxi Blues". No i wtedy ogłosili nabór do serialu "Zdrówko". Pomyślałem sobie: co mam do stracenia? Jak dostanę rolę, to dobrze. A jak nie dostanę, to też dobrze, bo mam dokąd iść. Czeka na mnie Broadway – miałem wtedy 23 lata, w tym wieku to był przecież szczyt marzeń. Więc znów poszedłem na luzie i udało się. Dlatego właśnie moja rada dla wszystkich, którzy muszą chodzić na przesłuchania: nie denerwować się, nie spinać. Bez desperacji, za to jak najwięcej luzu. Polecam jogę, może jakieś medytacje. A potem po prostu idźcie i spróbujcie dobrze się bawić.

Wspomniałeś o swoim autorskim filmie, "Lost in London". Co to za produkcja?

Kiedyś przeżyłem w Londynie okropną noc, o której długo potem starałem się zapomnieć. Pewnego dnia pomyślałem sobie, że to przecież znakomity materiał na komedię. Napisałem scenariusz o sobie – czyli o gościu, który ma wszystko, po czym nagle, w jednej chwili dowiaduje się, że może to stracić. I stara się za wszelką cenę, by do tego jednak nie doszło. A po drodze zalicza kłótnię z taksówkarzem, ucieka przed policją, trafia do aresztu… Mogę z doświadczenia powiedzieć, że nie warto zadzierać z policją. To się naprawdę nie opłaca. (śmiech) Nie polecam.

Czy dzięki filmowi wspomnienia tamtej fatalnej nocy przestały Cię prześladować?

Tak, na szczęście. A poza tym "Lost in London" to swego rodzaju list miłosny do mojej żony Laury. Dosyć zwariowany, wiem (śmiech). Ale podobał jej się. I to jest dla mnie najważniejsze.



[Yola Czaderska-Hayek]