Ben Affleck gościem Yoli



17 listopada do polskich kin weszła "Liga Sprawiedliwości". Kolejna ekranizacja, w której Ben Affleck przywdzieje strój Mrocznego Rycerza i spotka się z innymi superbohaterami DC. W rozmowie z naszą amerykańską korespondentką Yolą Czaderską-Hayek dwukrotny zdobywca Oscara opowiedział, co myśli o Batmanie w nowym filmie, dlaczego zrezygnował z kręcenia własnego filmu o tym bohaterze i która wypowiedź Bruce'a Wayne'a wywołała prawdziwą burzę. Aktor wspomniał też o swoich początkach, mieszkaniu z Mattem Damonem oraz odniósł się do sekskandalu, który w ostatnich tygodniach wstrząsnął całym Hollywood.


Yola Czaderska-Hayek: w "Lidze Sprawiedliwości" znowu wcielasz się w Batmana. Ale tym razem twój bohater nie jest już taki mroczny jak poprzednio. Więcej w nim humoru.

Ben Affleck: Bardzo mi się podoba ta wersja Batmana. Trochę mi ciążyło, że wcześniej Nietoperz przez cały czas był zawziętym ponurakiem wściekłym na Supermana. Teraz nareszcie mogłem pokazać bohatera od nieco innej strony. Oczywiście tylko do pewnego stopnia. Batman to w końcu nie Joker, nie ma sensu oczekiwać, że będzie rzucał dowcipami na prawo i lewo. Raczej przez to, że ma do czynienia z takimi ekscentrycznymi typami jak Flash, sprawia nagle wrażenie normalnego człowieka. I przez kontrast wypada zabawnie. Cieszę się, że udało się wprowadzić trochę humoru do filmu. Z dobrym skutkiem.

Zaciekawiła mnie pewna sprawa: w komiksach i filmach o superbohaterach zadziwiająco często przewija się wspólny motyw. Zamaskowani herosi mają na ogół za sobą trudne dzieciństwo. Często byli np. prześladowani, szykanowani w szkole. Zwróciłeś na to uwagę?

Tak, rzeczywiście. Ale to ma także przełożenie na rzeczywistość. Jeśli spojrzysz na wszelkiego rodzaju artystów, także z branży filmowej, to znajdziesz w tym zbiorze bardzo wielu ludzi, którzy byli prześladowani w dzieciństwie. Być może dlatego, że za bardzo się wyróżniali, szli pod prąd, mieli własną, niezależną opinię. Innymi słowy, byli szykanowani właśnie za te cechy, dzięki którym później mogli rozwinąć swoją kreatywność i odnosić sukcesy.


W jednej ze scen pada pytanie: "Jakie masz supermoce?". Batman odpowiada: "Jestem bogaty". Sądzisz, że milionerzy to w naszej rzeczywistości odpowiednik superbohaterów?

Ech, gdybym wiedział, ile szumu wywoła to jedno zdanie, wyrzuciłbym je z filmu. Nie uważam, że milionerzy są bez skazy. Nie wzdycham po nocach: och, jak bardzo chciałbym być jednym z nich. Nie twierdzę, że bogacze to odrębny gatunek człowieka tylko dlatego, że mają więcej pieniędzy niż ty czy ja. Nigdy nie goniłem za łatwym zarobkiem, zwłaszcza, że w tym biznesie człowiek często musi dokonywać wyborów między projektami, które są atrakcyjne finansowo i takimi, z których ma się głównie satysfakcję. W większości przypadków ważniejsza była dla mnie satysfakcja. Z drugiej jednak strony mam w pamięci przykład mojego ojca, który – choć był scenarzystą i reżyserem – musiał zarabiać na życie jako barman czy mechanik samochodowy, bo z kręcenia filmów nie był w stanie się utrzymać. I nie ukrywam, że nie miałem ochoty podzielić jego losu. To temat na osobną historię (śmiech). W naszej branży chęć odniesienia sukcesu stanowi olbrzymią pokusę i obawiam się, że nie jestem na nią odporny. Ale nie uważam, że bogactwo wiąże się z superbohaterską mocą. Chyba, że ktoś wyda wszystkie pieniądze na Batmobil (śmiech). Albo na gadżety, które pomagają w walce z bandytami. Ewentualnie, co byłoby najrozsądniejsze, na cele charytatywne.


Tobie udało się odnieść sukces dość wcześnie. W tym roku mija 20 lat od premiery "Buntownika z wyboru".

Aż się nie chce wierzyć! Dziękuję, że o tym wspomniałaś. Minęło tyle czasu, a wciąż pamiętam, jaka to była radość, kiedy udało nam się spełnić marzenie i nakręcić ten film.


Niedawno rozmawiałam z Mattem Damonem. Opowiadał, jak w tamtych czasach mieszkaliście razem w Los Angeles. Spałeś na kanapie, a ponieważ jesteś wysoki, wystawały ci nogi. A za pieniądze z filmu kupiliście sobie jeepy. To prawda?

I po co on ci to mówił? (śmiech). Wolałbym do tego nie wracać, ale… tak, to wszystko prawda. Ta nieszczęsna kanapa była z jakiejś plastikowej imitacji skóry, ten materiał w ogóle nie oddychał. Co rano budziłem się w kałuży z własnego potu.

Mój biedaczek!

Dziękuję, tego mi było trzeba. Nie ma to jak odrobina współczucia (śmiech).


A jak to było z jeepami?

Zarobiliśmy 300 tys. dol., podzieliliśmy się po połowie i kupiliśmy dwa jeepy cherokee. W ofercie były dwa: jeden czarny, drugi ciemnozielony. Rzucaliśmy monetą, który wybrać.


Który wóz wziąłeś?

Już nawet nie pamiętam. W każdym razie było tak, że zarobiliśmy pieniądze, zapłaciliśmy podatek, kupiliśmy sobie samochody, po czym znów zostaliśmy bez grosza (śmiech). Doszliśmy do wniosku, że musimy napisać kolejny scenariusz i sprzedać go w Hollywood, bo nie jest dobrze. Ale tak czy owak, to był wspaniały czas – mieć 20 lat i odnieść pierwszy znaczący sukces w życiu. Jakby nagle stał się cud. Staraliśmy się zrealizować ten film, po czym pojawił się jeden facet z branży i otworzył nam wszystkie drzwi… Niestety, z dzisiejszej perspektywy te piękne wspomnienia trochę tracą na urodzie, bo człowiek, o którym mówię, to Harvey Weinstein.

Kiedy spotkałeś go po raz pierwszy?

Dopiero na planie "Buntownika z wyboru", kiedy przyszedł odwiedzić Robina Williamsa. Wcześniej wszystko załatwialiśmy przez telefon, włącznie z tą najważniejszą rozmową, kiedy powiedział, że kupi nasz scenariusz. Dlatego, niestety, informacje, które ostatnio wyszły na jaw, dodają goryczy moim wspomnieniom. Bo dla mnie to były fantastyczne dni, ale zdaję sobie sprawę, że wiele osób, które miały do czynienia z Harveyem Weinsteinem, przeżywało prawdziwe piekło. Tak czy owak, cieszę się, że wraz z Mattem udało nam się nakręcić ten film i do dziś jestem z niego dumny.


Matt Damon w rozmowie ze mną przyznał, że co prawda wiedział, iż Weinstein to kobieciarz, który lubi nadużywać władzy, ale nie miał pojęcia, co się naprawdę działo. A jak ty wspominasz współpracę z nim z perspektywy lat?

Przede wszystkim nie byliśmy nigdy w bliskim kontakcie. Poza tym nasze drogi zawodowe rozeszły się jakieś 15 lat temu. Nie wspominam dobrze współpracy z Harveyem. Zachowywał się nieszczerze, dwulicowo. Wiedziałem, że to oślizły typ, ale nie miałem pojęcia, do jakiego stopnia. Mogłem jedynie podejrzewać, że odstawia coś obrzydliwego i nie chciałem mieć z tym nic wspólnego. Teraz oczywiście żałuję, że nie zrobiłem nic więcej albo że nie odszedłem wcześniej, ale cóż poradzić, po fakcie każdy jest mądry.

 

Czy twoim zdaniem Hollywood zmieni się po skandalu z Kevinem Spacey i Harveyem Weinsteinem?

Mam nadzieję, że zmienią się przede wszystkim dwie rzeczy. Po pierwsze, trzeba skończyć z systemem, który daje nieograniczoną władzę wąskiej grupie mężczyzn i pozwala im wykorzystywać bezkarnie innych ludzi. Mam nadzieję, że jeśli gdzieś tam jeszcze czają się jacyś niewykryci sprawcy molestowania, to w tej chwili czują już przerażenie na myśl o tym, że ich przestępstwa niedługo wyjdą na jaw. I po drugie, każdy z nas, ze mną włącznie, musi przyjrzeć się krytycznie własnemu postępowaniu. Czy nie pozwalam sobie na zbyt wiele wobec ludzi, z którymi łączy mnie praca? Czy w przeszłości zachowałem się niewłaściwie wobec drugiej osoby? I czy starczy mi odwagi, by się do tego przyznać i przeprosić? Zależy mi na tym, aby dzięki takiemu podejściu być coraz lepszym człowiekiem dla mojej rodziny, dla współpracowników i ludzi, których spotykam na co dzień. Liczę na to, że dzięki temu mogę stać się także lepszym artystą.


Porozmawiajmy więc o twoich planach na przyszłość. Co szykujesz na najbliższe lata?

Staram się wybierać głównie takie projekty, które mnie ciekawią i dają mi satysfakcję. Dawno już, na szczęście, przestałem się martwić, czy moje zawodowe decyzje spodobają się widzom. Steve Jobs powiedział kiedyś, że użytkownik tak naprawdę nie ma pojęcia, czego chce, dopóki tego nie dostanie. Nie da się stworzyć iPhone’a wyłącznie na podstawie badań fokusowych. Coś naprawdę rewolucyjnego trzeba zbudować od zera i dopiero wtedy dać ludziom do wypróbowania. Mam wrażenie, że z kinem jest podobnie. Większość filmów, które kiedykolwiek zrobiły na mnie wrażenie, pochodzi spoza głównego nurtu. To rzeczy zaskakujące, oryginalne, pomysłowe… To jest właśnie kierunek, w którym chciałbym podążać.


O ile wiem, jednym z twoich najbliższych projektów jest adaptacja opowiadania Agathy Christie "Świadek oskarżenia".

Sprawa jest na razie na bardzo wczesnym etapie. Jestem w kontakcie ze scenarzystą, nazywa się Chris Kaiser. Ma całkiem sporo ciekawych pomysłów, jak przenieść tę historię na ekran. Ale nadal jest w trakcie pisania. Dlatego trudno mi cokolwiek mówić o tym projekcie, ale mam nadzieję, że wszystko się uda. Wydaje mi się, że opowiadanie Agathy Christie to znakomity materiał do adaptacji, choć w przypadku pisarki tej klasy zawsze łatwo narazić się na krytykę: eee, książka i tak była lepsza. No cóż, warto zaryzykować.

Chodziły słuchy, że weźmiesz się za reżyserię "Batmana". Wycofałeś się z tego pomysłu?

Tak, to prawda, byłem bardzo chętny, żeby zrobić własnego "Batmana", ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Scenariusz, jaki dostałem, był wyjątkowo słaby – a wiem coś o tym, bo sam go napisałem! (śmiech) – dlatego zrezygnowałem, bo nie miałem ochoty kręcić słabego "Batmana". Z tego, co wiem, projekt wrócił do początkowej fazy, wytwórnia próbuje wystartować z nim od nowa. Na razie bardzo podoba mi się, że uniwersum DC Comics rozrasta się coraz bardziej i bardzo jestem ciekaw, w którą stronę to wszystko pójdzie. Cieszę się, że na planie "Ligi Sprawiedliwości" miałem okazję poznać całe mnóstwo wspaniałych aktorów i stworzyliśmy prężnie działający zespół. Dzięki temu praca nie była ani trochę uciążliwa, okazała się za to prawdziwą przyjemnością.


Na koniec muszę cię zapytać: kiedy znowu nakręcisz coś z Mattem Damonem?

Bardzo bym chciał! Niestety, minusem mojego zawodu jest absolutny brak wolnego czasu. Matt ma czwórkę dzieci, ja mam troje, więc kiedy tylko któryś z nas ma przerwę w pracy, stara się spędzać ją z rodziną. Do tego jeszcze Matt dostaje coraz więcej propozycji jako reżyser, a w ostatnim czasie moja kariera tak się jakoś dziwnie potoczyła, że ja też coraz częściej zajmuję się reżyserią. A jeden taki projekt to jest co najmniej półtora roku wyrwane z życia! Samo aktorstwo zabiera o wiele mniej czasu. Czasem tylko pół roku, czasem nawet kilka tygodni. Z całą pewnością nie trwa to tyle, co praca reżysera. Dlatego wciąż nie możemy zgrać terminów, choć jest parę projektów, nad którymi chętnie byśmy obaj przysiedli. Wierzę, że w przyszłości Matt i ja spotkamy się na planie wspólnego filmu, ale naprawdę nie potrafię powiedzieć, kiedy to nastąpi. Po prostu trzeba uzbroić się w cierpliwość i spokojnie czekać.



[Yola Czaderska-Hayek]