Sylvester Stallone gościem Yoli 2007-08-16
Yola Czaderska-Hayek: Nakręciłeś właśnie "Wyścig", znakomitą opowieść o rywalizacji ludzkich umiejętności z bezduszną technologią. Czy zanim zabrałeś się za ten projekt, wiedziałeś cokolwiek o wyścigach samochodowych?
Sylvester Stallone: Nic nie wiedziałem. Dlatego ten temat tak mnie
zafascynował, podobnie jak kiedyś boks. Im częściej zacząłem bywać na
zawodach wyścigowych, tym wnikliwiej - niczym student zgłębiający przedmiot
badań - obserwowałem przychodzących tam ludzi. Kibice z wielu krajów
dopingują swoich rodaków, wymachują flagami, okazują narodową dumę, no i
przeżywają wspólnie to niesamowite napięcie. Zafascynował mnie ludzki dramat
rozgrywający się na torze. Wiedziałem jednocześnie, że to temat, który
bardzo trudno przedstawić tak, aby zainteresował innych. Środowisko
wyścigowców to świat pełen ciekawych ludzi, których łączy pasja szybkiej
jazdy. Kiedy poznałem takich kierowców, jak Villaneuve czy Schumacher,
zdałem sobie sprawę, że są to nadzwyczajni faceci o bardzo skomplikowanym
życiorysie. Na przykład Schumacher ożenił się z byłą dziewczyną swego
największego rywala. Kiedy jest na torze, ściga się z Haroldem Hansem
Frandsenem, niegdysiejszym facetem swej obecnej żony... Można sobie
wyobrazić, jakie emocje temu towarzyszą. Wykorzystałem zresztą ten motyw w
filmie: przyjaciel bohatera, którego gram, wiąże się z jego byłą żoną.
Kierowca wyścigowy skazany jest na samotność. Większość czasu przez sześć
dni w tygodniu spędza wewnątrz pędzącej rakiety. Codziennie testuje swe
umiejętności na torach ćwiczebnych. Wszystko sprowadza się do naukowych
kwestii, do badań telemetrycznych, do tego, co pokażą komputery. Ale na
dłuższą metę najważniejsza jest zimna krew i nerwy tych ludzi, którzy biorą
udział w zawodach. Jeśli spróbujemy zrozumieć ich styl życia, dojdziemy do
wniosku: "Kurczę, oni mają takie same problemy, jak my!". Jedyna różnica
polega na tym, że... są wyścigowcami. Gnębią ich dokładnie te same codzienne
kłopoty, co nas, ale jeśli zaczną zbyt wiele o nich myśleć, mogą to
przypłacić życiem. Podczas jazdy muszą wyrzucić z głowy wszystko to, co
mogłoby ich rozproszyć. Mamy w filmie taką scenę - to chyba Renny (Harlin,
reżyser "Wyścigu") pojawia się w epizodzie - w której kierowca podrzuca
dziecko na zawody. To się zdarza: wyścigowcy przywożą swoje dzieci,
zostawiają je na placu zabaw, potem wyjeżdżają na tor i stawiają czoła
śmierci, po czym odbierają dzieciaki i wracają do domu. Jak to jest - ścigać
się, wiedząc, że gdzieś tam bawi się twoje dziecko i słyszy ten cały warkot
i huk? To bardzo nietypowy styl życia. Ale z drugiej strony tym, co wiąże
kierowców, jest właśnie umiłowanie życia. To ogromni zapaleńcy. Każdy dzień
stanowi dla nich wyzwanie, budzi chęć rywalizacji, aby osiągnąć jeszcze
lepszy wynik, aby pojechać jeszcze szybciej, jeszcze ostrzej. Nikt nawet nie
myśli o tym, aby przestać. Wyścigowcy mają poczucie nieśmiertelności, wydaje
im się, że będą żyli wiecznie i ścigali się wiecznie, i stąd się bierze ten
ich entuzjazm. Różnią się od większości ludzi, którzy myślą sobie: "Nudzi
mnie już ta robota, może znajdę sobie inną". Nic z tych rzeczy, prawdziwi
kierowcy chcą się ścigać przez całą wieczność. Dlatego jest ich tak
niewielu. Dzięki temu zresztą, mimo nieustannej rywalizacji, nie mogą bez
siebie wytrzymać. Widać to w filmie: bohaterowie należą do niezwykłej
wspólnoty, którą nazywamy bractwem szybkości. W jednej z pierwszych scen
Gina Gershon wychodzi za mąż za mojego młodszego kolegę, a mimo to obydwaj
nadal się lubimy. Ona pyta: "Jak to jest? Jakim cudem jeszcze się do siebie
odzywacie?". A to jest właśnie bractwo szybkości. To bardzo dziwna,
zamknięta, niezwykła i fantastyczna grupa ludzi. Trochę jak piloci. Faceci,
którzy codziennie stają oko w oko ze śmiercią - jak strażacy, dajmy na to -
muszą bardzo na sobie polegać. Ich relacje to mieszanka uwielbienia i
nienawiści, przy czym uwielbienie jest na pewno silniejsze.
Podobno w nauce sportowej jazdy pomagał Ci Mario Andretti, legendarny kierowca wyścigowy...
Mario Andretti stanowi doskonały pierwowzór mojego bohatera. Ma łagodny
charakter i wydaje się rozumieć ten sport. Jego syn też się ściga (i też
występuje w "Wyścigu" ); zresztą jestem przekonany, że Mario przekazał mu
swoją wiedzę w taki sam sposób, jak mój filmowy bohater próbował uczyć Kipa
Pardue. Zacząłem jeździć w Europie, potem wróciłem do kraju i uczyłem się na
torze w Las Vegas. Widziałem zawody Formula Atlantic, potem Formula Four,
101, a potem jeszcze wyścigi tych potworów o sile 940 koni mechanicznych.
Zdałem sobie sprawę, że jest to fach, do którego trzeba się urodzić. Wymaga
określonych predyspozycji umysłu. Większość kierowców to introwertycy. Są w
stanie całymi godzinami koncentrować się, nie zwracając uwagi na ból,
przeciążenie szyi czy rąk. Po jednym dniu takiej jazdy ledwo mogłem się
ruszać, nawet siedząc w samochodzie. Nie byłem w stanie rozprostować palców,
mięśni karku, pleców. I wtedy poczułem strach. Strach, który wnika w
mięśnie, który sprawia, że człowiek przestaje się kontrolować. To jak
zaciskanie zębów nocą - nawet nie zdajesz sobie sprawy, że to robisz. Mówisz
sobie: "Boże, skąd ten cały ból?" Ci faceci wykształcili w sobie umiejętność
panowania nad własnym lękiem. Kiedy zaś lęk wymyka się spod kontroli,
najwyższy czas się wycofać.
W "Wyścigu" postanowiłeś zagrać drugoplanową rolę, ustępując miejsca młodym aktorom. To bardzo wielkoduszne z Twojej strony.
Tak było już w filmie "Copland". Jeśli chcę zagrać człowieka, który ma swoje miejsce w obrębie pewnej struktury, to ten facet nie może być w centrum uwagi. Jest częścią grupy. I tak też powinien być postrzegany. To nie on jest tu najważniejszy. Stanowi, jak by to powiedzieć, wsparcie dla bohatera. Postanowiłem zachować się podobnie: jako aktor wspierający odtwórców głównych ról. Gdybyśmy rozegrali to inaczej, tak jak zamierzaliśmy najpierw, wyszedłby z tego mój solowy popis: opowieść o facecie, który chce odkupić stare grzechy. Byłby to zupełnie inny film. Nawiasem mówiąc, wielu z nas często fantazjuje: "Co by było, gdybym mógł jeszcze raz przeżyć swoje życie, wiedząc to, co wiem teraz". Oczywiście nikomu z nas nie jest dany ten przywilej, ale wszystkim się wydaje: "Gdyby tak się stało, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej". To odwieczne pragnienie. Większość filmów akcji wykorzystuje stary jak świat motyw odkupienia grzechów. Zawsze jest jakiś załamany glina, który chce naprawić to, co zrobił źle. Albo facet, z winy którego rozbił się samolot, a teraz ma szansę uratować innych ludzi. To swego rodzaju proces oczyszczenia i tak też pierwotnie miał wyglądać "Wyścig". Stwierdziłem jednak: "Wiecie co? Takie filmy robiłem już wcześniej". Poza tym to wcale nie jest opowieść o odkupieniu starych win, tylko o triumfie dojrzałości nad zręcznością. Mojemu bohaterowi brakuje już zręczności, jest za to w stanie przekazać swoim młodszym kolegom trochę tej dojrzałości - siły woli, poświęcenia, dyscypliny - jaka przychodzi z wiekiem. Trochę jak ojciec, który uczy swoje dzieci z nadzieją, że ta mądrość życiowa im się kiedyś przyda. Pomyślałem sobie: "Dlaczego nie? Mogę zostać w filmie takim przyszywanym ojcem".
Mimo wielu kolizji w filmie nikt nie ginie. Czy to celowy zabieg?
W pierwszej wersji scenariusza ginął kierowca Memo, którego grał chilijski
aktor Cristian de la Fuente. Organizatorzy wyścigu w Long Beach w Kaliforni,
gdzie kręciliśmy kilka scen, sprzeciwili się temu pomysłowi. Powiedzieli: "W
zeszłym sezonie zginęło tu dwóch ludzi. Nie możemy dopuścić, by na naszym
torze umarł ktoś jeszcze, nawet jeśli to tylko film. Ciąży na nas
odpowiedzialność". Szczerze mówiąc, cieszę się, że w "Wyścigu" nikt nie
umiera, zwłaszcza po tym, co się stało z Dale'em Ernhardtem (zmarł 18 lutego
2001 r. wskutek ran odniesionych podczas kraksy na ostatnim okrążeniu
wyścigu Daytona 500 ). To była bardzo okrutna śmierć. Podczas takich
wydarzeń czasami człowiek myśli: "Tym razem wypadło na niego, a mogło na
mnie". Wyścigowcy mają różne przesądy, które pozwalają im przeżyć. Na
przykład żaden kierowca nie odwiedzi drugiego kierowcy w szpitalu. To
przynosi pecha.
Wielu hollywoodzkich aktorów kina akcji z wiekiem zwróciło się ku komedii. Przykładem jest Arnold Schwarzenegger. Jakie są Twoje plany?
Mogę powiedzieć tyle: trzeba próbować, trzeba sprawdzać się w nowych rolach. W ciągu roku powstaje dziesięć, może piętnaście dobrych filmów. Potężne wytwórnie filmowe stać na wysoki budżet, dobre scenariusze i wybitnych reżyserów. Ciężko jest samodzielnie zrobić film bez ich pomocy. Można mieć dobry skrypt, ale kiepskiego reżysera czy złych dystrybutorów. Niektórym spośród moich kolegów się udało, i daj im Boże zdrowie, ale jeśli nie masz wszystkich potrzebnych elementów - świetnego scenariusza, dobrej wytwórni, konkretnego budżetu i znakomitego reżysera - to marne są szanse, że uda ci się wyprodukować wielki kasowy przebój. To jest biznes. Jeżeli aktor odnosi sukces jako twórca filmu, to z reguły dochodzi do tego dzięki wspierającej go potężnej grupie ludzi. Jeśli zaś chodzi o Arnolda i o mnie... Obydwaj musieliśmy ciężko zapracować na swoją pozycję, ale też dzięki temu o wiele bardziej cieszą nas efekty tego wysiłku. Wszystko się równoważy.