Margot Robbie gościem Yoli



27-letnia aktorka w rozmowie z naszą amerykańską korespondentką, Yolą Czaderską-Hayek, opowiedziała, jak wyglądały przygotowania do głównej roli łyżwiarki w filmie "Jestem najlepsza. Ja, Tonya", co doradziła jej Tonya Harding i co myśli o granej przez siebie bohaterce.
Yola Czaderska-Hayek: W filmie "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" zagrałaś Tonyę Harding, łyżwiarkę figurową, która zasłynęła wykonaniem potrójnego aksla, co uchodzi za rzecz prawie niemożliwą. Masz doświadczenie w jeździe na łyżwach?

Margot Robbie: Bardzo niewielkie. W dzieciństwie w ogóle nie jeździłam na łyżwach. Wychowałam się w Australii, w małej miejscowości na wybrzeżu. Nikt nie jeździł tam na łyżwach, bo nie było po czym. Zamiast tego chodziło się surfować. Dopiero po przeprowadzce do Ameryki po raz pierwszy wyszłam na lód. Zapisałam się do drużyny hokejowej, ale nawet wtedy ledwo umiałam jeździć. Na szczęście miałam na sobie tyle ochraniaczy, że podczas upadku na lód nic nie czułam. Dopiero kiedy zaczęłam robić przymiarki do jazdy figurowej, przekonałam się, jak to boli, kiedy się człowiek wywróci. Wbrew pozorom to o wiele trudniejszy sport niż hokej.
Wiele było tych upadków?

Trochę było, na pewno. Przede wszystkim uświadomiłam sobie, że popełniłam wielki błąd, nie doceniając jazdy figurowej. Nie miałam pojęcia, jakie to potwornie trudne. Dopiero kiedy sama spróbowałam, od razu nabrałam wielkiego szacunku do ludzi, którzy uprawiają ten sport na co dzień. A już wykonanie potrójnego aksla to jest wyczyn przekraczający wszelkie wyobrażenia! W ciągu ostatnich dwudziestu lat może sześć kobiet było w stanie tego dokonać. To jest aż tak trudne.


Jak więc przygotowywałaś się do roli Tonyi? Zwłaszcza ze świadomością, że to kobieta, która dokonała rzeczy niemożliwej?

Tonya jest wyjątkowo atletycznie zbudowana, ma bardzo umięśnione nogi nawet jak na łyżwiarkę figurową. Wiedziałam więc, że niezależnie od tego, ile czasu poświęcę na treningi, nigdy nie będę wyglądać tak, jak ona. Nie da się w rok osiągnąć takiego efektu, jak po dwudziestu latach uprawiania sportu. Udało mi się spotkać z Tonyą i poprosiłam ją, by zdradziła mi swój sekret. Chciałam trenować w ten sam sposób, co ona. Powiedziała: "Rób dużo brzuszków". Dla mnie jednak było oczywiste, że to za mało. Odparłam: "Za nic na świecie nie będę miała takich silnych nóg". Tonya przyznała, że to wymaga czasu. I dodała, że jeździ na łyżwach od drugiego roku życia. W jakimś momencie trzeba było odpuścić i powiedzieć sobie: nigdy nie osiągniesz tego poziomu, nie staniesz się zawodniczką olimpijską. Ale i tak dużo ćwiczyłam.

Domyślam się, że nauka jazdy na lodzie wiązała się nie tylko z wysiłkiem, ale też z przełamaniem lęku przed upadkiem.

Kiedy kręciliśmy ten film, miałam 26 lat. W tym wieku człowiek ma już świadomość, co się może wydarzyć. Wie, że wyjście na lód może się zakończyć na przykład złamaniem ręki. Jakiś wewnętrzny głos mówi mu: to zły pomysł, nie rób tego. Łatwiej nauczyć się jazdy na łyżwach w dzieciństwie. Dziecko wybiega na lód i jeśli się przewróci, to wstanie, otrzepie się i pojedzie dalej. Nawet kiedy upadnie przy skoku, to z niewielkiej wysokości, więc nic poważnego mu się nie stanie. Dorosły natomiast boi się. I to bardzo. Podczas jazdy figurowej skacze się naprawdę wysoko, więc jeśli źle się wyląduje, to może być kiepsko. Nie zdawałam sobie z tego wszystkiego sprawy, dopóki sama nie założyłam łyżew. Sama nie wiem, być może to z powodu wieku, ale poszło mi o wiele trudniej niż się spodziewałam.

Obserwowałaś innych łyżwiarzy?

Tak. Trenowałam na lodowisku w Los Angeles. Patrzyłam na ludzi, którzy próbują wykonać podwójnego czy choćby tylko pojedynczego aksla. Odbijali się wysoko, po czym spadali na lód z hukiem, aż nie mogłam na to patrzeć. Bałam się, że już się nie podniosą. Ale jakimś cudem zawsze wstawali i próbowali dalej. Następnego dnia przychodzili na lodowisko i znów ćwiczyli. I znów, i znów. Kiedy komuś udało się wylądować, prawie płakałam ze szczęścia. Łyżwiarstwo figurowe to wariacki sport, a potrójny aksel to mistrzostwo światowej klasy. Wiem, co mówię, próbowałam.

Umiesz wykonać podwójnego aksla?

Nie. Pojedynczego też. To potwornie trudne figury. Najgorzej mi szło z opanowaniem jazdy na zewnętrznych krawędziach łyżew. Zajęło mi to chyba dwa miesiące. A potem już poszło szybciej.

Biografia Tonyi Harding to nie tylko osiągnięcia sportowe, ale także, niestety, wyjątkowo burzliwy, pełen przemocy związek. W filmie zdecydowaliście się pokazać różne wersje wydarzeń, według Tonyi i jej męża.

Przed rozpoczęciem zdjęć wiele razy rozmawialiśmy z reżyserem o tym, jak pokazać ten wątek na ekranie. Zależało nam na tym, aby zachować elementarny szacunek do bohaterów filmu, ale też nie epatować nadmiernie sensacją. Nie chcieliśmy pokazywać wygładzonej, polukrowanej wersji, to nie byłoby w porządku. Craig [Gillespie, reżyser filmu – Y. Cz.-H.] wpadł na pomysł, aby w tych momentach zburzyć czwartą ścianę. Pokazać, jak Tonya odcina się emocjonalnie od tego, co się z nią dzieje i zwraca się bezpośrednio do widzów. Wydaje mi się, że taki zabieg pozwala zrozumieć, dlaczego ktoś bez względu na okoliczności tkwi w toksycznym związku i wciąż wraca do osoby, która wyrządza mu krzywdę. Ludzie, którzy nie przeżyli czegoś podobnego, często zadają pytanie: czemu po prostu nie odejdziesz? Odcięcie emocji jest właśnie jedną z odpowiedzi. W tym konkretnym przypadku równie ważne jest to, że Tonya nie była tylko bezbronną ofiarą. Nie tylko obrywała, potrafiła też oddać. I o tym opowiada wersja jej męża. Historia, którą ten człowiek przedstawia ze swego punktu widzenia, jest zupełnie inna.

W 1994 roku Tonya Harding została oskarżona o zainicjowanie napaści na rywalkę, Nancy Kerrigan, i dożywotnio zdyskwalifikowana. Ta sprawa była dosyć głośna nie tylko wśród sportowców. Czy znałaś jej szczegóły, zanim zagrałaś w filmie "Ja, Tonya"?

Nie, to była dla mnie zupełna nowość. Kiedy zaczęłam czytać scenariusz, byłam przekonana, że to wymyślona historia. Nie miałam w ogóle pojęcia o łyżwiarstwie figurowym. Może dlatego udało mi się spojrzeć na tę opowieść świeżym okiem, bez uprzedzeń, o co w przypadku Tonyi nie jest łatwo. Nie byłam nastawiona przeciwko niej – wprost przeciwnie, przez cały czas byłam w stanie wczuć się w jej położenie. Nawet gdy doczytałam scenariusz do końca, byłam pewna, że to fikcja – zuchwała, nieprawdopodobna, niesamowicie wciągająca fikcja. A kiedy dowiedziałam się wreszcie, że to wydarzyło się naprawdę, tym bardziej zapragnęłam nakręcić ten film.


Powiedziałaś wcześniej, że udało Ci się poznać prawdziwą Tonyę Harding. Jak przyjęła Wasz film?

Była zadowolona, że pokazaliśmy jej historię w taki sposób, jakiego dotąd nikt nie próbował. Nie była naszą konsultantką, nie pojawiła się nawet na planie, nic z tych rzeczy. Nie miała wpływu na scenariusz. Nasz film nie pokazuje jej biografii w tradycyjny sposób. Nie twierdzimy kategorycznie: "Tonya jest bohaterką" albo "Tonya jest ofiarą". Twierdzimy: "Tonya jest osobą, którą poznacie zarówno od dobrej, jak i od złej strony". Wiem, że niektóre sceny nie podobały jej się, mam tu na myśli głównie wersję wydarzeń według jej męża. Twierdziła, że są niezgodne z prawdą. Ale obawiam się, że do tego, jak było rzeczywiście, nie dojdziemy nigdy.

Czy rozmawiając z nią, odniosłaś wrażenie, że Tonya usiłuje zapomnieć o koszmarnej przeszłości?

Nie mogę wypowiadać się w jej imieniu, ale wydaje mi się, że Tonya nie uważa się za bezbronną, skrzywdzoną ofiarę. Nic w jej zachowaniu o tym nie świadczy. To silna, zahartowana w boju kobieta – zresztą to chyba oczywiste, nie dotarłaby tak wysoko, gdyby nie była twarda. Ani razu nie wywarła na mnie wrażenia, że padła czyjąś ofiarą.
O ile wiem, Tonya wyszła ponownie za mąż, tym razem szczęśliwie i została mamą.

Po tym, co sama przeżyła, Tonya chce być przede wszystkim dobrą mamą dla swojego dziecka. Czyli kimś, kim absolutnie nie była jej własna matka. I to jej się udało. Wiem, że jest z tego powodu szczęśliwa. Kiedy z nią rozmawiałam, widać było, że kocha swojego synka i że odczuwa dumę z tego, że może być dla niego dobrą matką. Że historia z jej dzieciństwa się nie powtarza. Myślę, że to wychowanie, jakie sama odebrała, w olbrzymi sposób wpłynęło na jej motywację.

Czy matka Tonyi żyje? Udało Wam się z nią skontaktować?

LaVona? Przed rozpoczęciem zdjęć próbowaliśmy ją odnaleźć, ale nie mieliśmy pojęcia, gdzie jest i co się z nią dzieje. Tonya nie była w stanie nam pomóc, nie wiedziała nawet, czy jej matka żyje, czy nie. Od dziesięciu lat nie utrzymują kontaktów, podobnie zresztą jest z byłym mężem. Gdy ostatni raz Tonya z nią rozmawiała, LaVona mieszkała gdzieś na zapleczu jakiegoś sklepu ze starzyzną. Nic więcej nie umiała nam powiedzieć. Dopiero później, już po nakręceniu filmu, udało nam się ustalić, że LaVona jednak żyje. Szkoda, że nie dotarliśmy do niej w porę, byłoby ciekawie poznać jej wersję wydarzeń, skoro już pokazaliśmy punkt widzenia Tonyi i jej męża. LaVona, którą widać na ekranie, to postać stworzona głównie z relacji Tonyi. Jestem pewna, że jej wersja byłaby zupełnie inna.
 

Wspomniałaś, że chcieliście pokazać w filmie Tonyę od dobrej i złej strony. W sumie podobną rzecz da się powiedzieć o innych Twoich rolach.

To prawda, szczególnie że w dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest kogoś zaszufladkować, przykleić etykietkę. Powiedzmy, że czytasz scenariusz. Wprowadzona zostaje postać, którą trzeba scharakteryzować w trzech słowach. Czytasz: „Dwudziestoletnia ładna blondynka”. I już, etykietka gotowa, nic więcej nie trzeba. Tak samo jest wszędzie i ofiarą tego procesu padła także Tonya. Media przedstawiły ją jako potwora, nie mając na to właściwie żadnych dowodów. Wystarczyło, że nie pasowała do wizerunku łyżwiarki, ze swoją kanciastą, atletyczną posturą, krzykliwym makijażem, paznokciami pomalowanymi na niebiesko, trudnym charakterem. Wszystkie jej wady i zalety nie miały znaczenia. Świat poznał Tonyę Harding jako potwora i na tym się skończyło. Tymczasem to nie jest potwór, to jest człowiek. Nie można podsumować czyjegoś życia jednym krótkim frazesem. Podobnie jest z innymi postaciami, które grałam. Na przykład Harley Quinn z „Legionu samobójców”. Widzisz ją, myślisz: wariatka. Ale nie, moim zadaniem jest pokazać Ci, że ta osoba ma jeszcze inne oblicza. W „Wilku z Wall Street” masz dziewczynę, która leci na kasę. Ale to nie jedyna jej cecha, jest wiele innych. Charakter każdego z nas stanowi wypadkową tego, jak nas wychowano i naszych przeżyć. W grę wchodzi całe mnóstwo najróżniejszych czynników i właśnie to bogactwo należy wziąć pod uwagę, kiedy tworzy się opinię na czyjś temat. Czy to w przypadku Tonyi, czy dowolnej innej osoby.

Za rolę Tonyi otrzymałaś nominację do Oscara. Gala wręczenia nagród już w niedzielę, 4 marca. A co potem? Masz jakieś plany na odpoczynek?

Marzę o tym, żeby naprawdę porządnie się wyspać. Najlepiej, powiedzmy, czternaście godzin bez przerwy. Wystarczy mi jeden raz i potem mogę znów działać na pełnych obrotach przez kilka miesięcy. Zawsze się boję, że czas mi ucieka, więc codziennie nastawiam budzik na wczesną porę. Dlatego mój wymarzony odpoczynek to dużo, dużo snu.



[Yola Czaderska-Hayek]