Denzel Washington gościem Yoli



Jest jednym z najbardziej wziętych aktorów w Hollywood. Kocha też teatr, ale znamy go głównie z ról filmowych. Ostatnio głośno jest o nim w kontekście "Bez litości 2". W rozmowie z WP Film zdradził, dlaczego sequel kinowego hitu ukazał się dopiero w tym roku.
 

Yola Czaderska-Hayek: "Bez litości 2" to pierwszy sequel w Twojej karierze, prawda?
Denzel Washington: Zgadza się.

Czy miałeś poczucie, że z tego powodu ten film jest inny od tych, które nakręciłeś dotychczas?
Przyznam się, że dopiero teraz, kiedy rozmawiam z dziennikarzami, słyszę bez przerwy słowo "sequel". Na planie w ogóle go nie używaliśmy. Nie mieliśmy poczucia, że kręcimy dalszy ciąg jakiejś historii i że w związku z tym cokolwiek wygląda inaczej. Po prostu kręciliśmy film. To wszystko.

Mam wrażenie, że Twój bohater odrobinę się zmienił. Jakby nabrał nieco więcej ludzkich cech. Miałeś na to jakiś wpływ?
Nie, to zasługa scenarzysty, Richarda Wenka. Nie brałem udziału w przygotowaniach do filmu, więc nie wiem, jakie ustalenia zapadły w rozmowach z producentem. Najważniejsze, że powstała wciągająca historia, a stawka jest o wiele większa niż w pierwszej części. Dla bohatera sprawa, w którą się wplątuje, ma po części osobisty charakter – ale nie chciałbym zdradzać zbyt wiele. W każdym razie ludzie, którzy już widzieli film, mówili mi, że jest lepszy od "jedynki".

Czy w związku z licznymi scenami akcji musiałeś przejść jakiś trening?
Głównie ćwiczenia na rozciąganie. Było ich o wiele więcej niż cztery lata temu. Cieszę się, że dałem radę wykonać je wszystkie. (śmiech)

Czemu nakręcenie drugiej części zajęło tyle czasu?
Naprawdę? Nie wydaje mi się, by to trwało zbyt długo. Pierwsza część powstała w 2014 roku, a nad drugą zaczęliśmy pracować w 2017. No, może faktycznie to kawałek czasu… Nie umiem Ci odpowiedzieć. Po pierwsze, napisanie scenariusza musi potrwać. Po drugie, pewnie ekipa czekała, aż ja znajdę wolną chwilę. A mi się raczej nie spieszyło. Nie lubię się spieszyć. Chyba z wiekiem nabrałem cierpliwości. Wolę coś robić powoli, ale dokładnie, niż po łebkach.

Jak to się stało, że postanowiłeś zagrać w dalszym ciągu "Bez litości"?
Wszystko odbyło się tak samo, jak zawsze. Po prostu dostałem scenariusz, zacząłem czytać… no i tekst wciągnął mnie bez reszty. Nie nastawiam się z góry na to, w jakich filmach chcę zagrać, a w jakich nie chcę. Mam tylko jedną zasadę: nie lubię robić dwa razy z rzędu czegoś podobnego. Dlatego w najbliższym czasie na pewno nie zagram znowu w takim filmie, jak "Bez litości". Na razie wystarczy mi wrażeń, potrzebuję jakiejś odmiany. Może nie powinienem o tym mówić, ale w tej chwili jestem w trakcie rozmów z Bobem Zemeckisem. Podoba mi się jego pomysł na film, a scenariusz bardzo mnie zaciekawił. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

Wygląda na to, że przywiązujesz dużą wagę także do reżyserów.
To prawda, jestem lojalny wobec twórców, których znam i cenię. Nakręciłem cztery filmy ze Spike'em Lee, cztery czy pięć z Tonym Scottem, trzy z Edem Zwickiem i kilka, chyba trzy, z Jonathanem Demme'em. Kiedy z kimś dobrze mi się pracuje, tym chętniej zgłaszam się po raz kolejny do współpracy. Znamy się już, nie musimy się docierać, czasami rozumiemy się nawet bez słów. Każdy z nas zna swoje zadanie. Reżyser jest na planie po to, żeby nakręcić film, ja jestem, żeby w nim zagrać. Nie musimy się nawzajem pouczać ani patrzeć sobie na ręce. Mamy do siebie zaufanie. Dzięki temu jest łatwiej.

No i jest oczywiście Antoine Fuqua. Wliczając „Bez litości 2”, razem zrobiliście cztery filmy.
Dzięki niemu zdobyłem Oscara! Antoine to przede wszystkim wspaniały człowiek, no i, rzecz jasna, doskonały filmowiec. Ufam mu i na planie zawsze wiem, że jestem w dobrych rękach.

Antoine jest w stanie wydobyć z Ciebie maksimum potencjału?
Nie, to tak nie działa. On nie jest po to, by cokolwiek ze mnie wydobywać. Jak mówiłem, jego zadaniem jest nakręcić film, a ja mam w nim zagrać. To wszystko.

Bohater "Bez litości" namiętnie czyta książki. A Ty masz jakieś ulubione lektury?
"Siddhartha" Hermana Hessego. To była moja ulubiona lektura w dzieciństwie. Pierwszy tytuł, jaki mi przyszedł w tej chwili do głowy. A poza tym "Trzecia fala" i "Szok przyszłości" Alvina Tofflera. Głównie "Trzecia fala", bo była w niej mowa o erze informacji. Czyli właściwie o naszych czasach. Ta książka zafascynowała mnie prawie czterdzieści lat temu i fascynuje mnie dziś.

Końcówka filmu rozgrywa się podczas huraganu. Czy kiedykolwiek w rzeczywistości byłeś świadkiem kataklizmu?
Tak. Przeżyłem trzęsienie ziemi w dolinie San Fernando [wydarzyło się w 1994 roku – Y. Cz.-H.]. Wiesz, o które chodzi?

Tak.
Byłem w samym centrum wstrząsów! Miałem wrażenie, że pociąg wjechał mi prosto w dom. Naprawdę! Nie wiedziałem, co się dzieje. Nigdy wcześniej nie widziałem, jak wygląda trzęsienie ziemi. No, czasami coś tam parę razy drgnęło. Na zasadzie: "O, zobacz, kochanie, ręczniki w łazience się kołyszą". Wydawało mi się, że to wszystko i naiwnie sądziłem, że skoro tak, to trzęsienie ziemi nie jest takie groźne. Aż tu jak nie huknęło!… Chociaż nie, poczekaj, to nie całkiem prawda. Jeszcze wcześniej, w 1989 roku też było porządne trzęsienie. Pamiętam, że fala przetoczyła się przez całe Los Angeles.

Jak wtedy zareagowałeś?
Jak prawdziwy mężczyzna! Nakryłem głowę poduszką i wrzeszczałem, że chcę do mamy. (śmiech) Jestem przekonany, że dokładnie tak samo zachowałby się bohater "Bez litości". Też wsadziłby głowę pod poduszkę i krzyczał wniebogłosy, że chce do mamy. (śmiech) Moja żona wspominała później, że powtarzałem chyba ze sto razy: "Już po nas, skarbie". Jakby miał nadejść koniec świata.

Pamiętasz jeszcze swój pierwszy dom w Los Angeles?
Oczywiście! Pierwszy dom, jaki kupiłem, mieścił się w Toluca Lake. Pamiętam, że głównie mnie w nim nie było, bo bez przerwy wyjeżdżałem dokądś na zdjęcia, na przykład do Afryki, żeby nakręcić "Krzyk wolności". Po każdym powrocie, zanim wszedłem do środka, najpierw obchodziłem dom dookoła. I powtarzałem sobie: "Właśnie po to zasuwam w tej pracy. Wszystko jest w porządku, tak ma być". Otwierałem drzwi, patrzyłem, że wewnątrz jest cicho i spokojnie, wszyscy śpią. I wtedy mówiłem sobie: "Po to mam tę robotę".

Co to był za dom?
Chodzi Ci o styl architektury? Pojęcia nie mam! Grunt, że był przytulny. (śmiech) Pamiętam za to, że nasz drugi dom zaprojektował Paul Williams, słynny czarnoskóry architekt. Wcześniej mieszkał w nim William Holden. A z kolei nasz pierwszy dom kiedyś należał do Shempa [Shemp Howard, jeden z członków tria komediowego "Three Stooges" (Trzej Głupole) – Y. Cz.-H.]. Stała przed nim kamienna tablica z napisem "Dom Howarda", ale ktoś ją ukradł. Mam wrażenie, że chyba wszyscy z tej grupy mieszkali w naszej okolicy. Ale największą gwiazdą wśród sąsiadów i tak był Bob Hope. Miał pole golfowe na podwórku, wyobrażasz sobie? Podczas jazdy samochodem próbowaliśmy go wypatrzyć. Czasami się udawało.

Podejrzewam, że dzisiaj to Ty jesteś największą gwiazdą w okolicy. Czy postrzegasz siebie jako człowieka sukcesu?
Może najpierw spróbujmy określić, czym jest sukces. Dla mnie to słowo oznacza zdobycie czegoś, czego się najbardziej pragnie. Jedni marzą o sławie, inni o wielkich pieniądzach, a mi zawsze chodziło o to, by być jak najlepszym aktorem. To mnie zawsze pchało do działania.

Jakiej rady udzieliłbyś młodemu człowiekowi, który chciałby tak jak Ty zostać gwiazdą Hollywood?
A co to jest Hollywood? Nie mam pojęcia. To jest takie miejsce, gdzie na chodniku ułożone są gwiazdy z nazwiskami sławnych osób i turyści robią sobie tam zdjęcia? Naprawdę nie wiem, co to znaczy Hollywood. Ja jestem aktorem, gram w filmach. Tylko tym się zajmuję. A młodemu człowiekowi z Twojego pytania odpowiedziałbym tak: bądź dobry w tym, co robisz, obojętnie, czy występujesz na scenie, w filmie czy w telewizji. Bądź coraz lepszy, rozwijaj się, niezależnie od tego, czy chcesz być aktorem, czy reżyserem. A najlepiej próbuj swoich sił w teatrze.

Wiem, że mówisz z doświadczenia, bo niedawno zdecydowałeś się na występ w sztuce "Zimna śmierć nadchodzi" na Broadwayu. Recenzje są entuzjastyczne, ale chciałabym wiedzieć, jakie są Twoje wrażenia?
Rany, jak ja kocham teatr! To moja pierwsza aktorska miłość, występy na scenie. Gra z udziałem żywej widowni – tego się nie da porównać do kręcenia filmu czy serialu telewizyjnego. Podstawowe składniki to scena, aktorzy, tekst, oświetlenie, dekoracje… Ale ostatnim, równie ważnym elementem spektaklu jest publiczność. A każdego wieczoru jest to inna widownia, oddycha zupełnie innym powietrzem, dlatego też za każdym razem sztuka wygląda inaczej. Przedstawienie zaczyna żyć własnym życiem. Z jednej strony masz swobodę, możliwość improwizacji, z drugiej – żelazną dyscyplinę. Bez dwóch zdań, uważam, że teatr to najlepsze miejsce dla aktora.

Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że na scenie raz zdarza Ci się lepszy występ, a kiedy indziej gorszy?
Oczywiście, bez dyskusji! I nie ma tu żadnej reguły. Nigdy się nie wie, kiedy pójdzie lepiej, a kiedy gorzej. Czasami człowiek myśli, że wszystko wyszło świetnie, a tu się okazuje, że wcale nie. Nigdy nic nie wiadomo. Ale w teatrze najpiękniejsze jest to, że nawet jeśli za którymś razem coś pójdzie nie tak, to zawsze jest następny spektakl. Zawsze jest szansa, żeby coś poprawić. Najważniejsze, żeby nie skupiać się nadmiernie nad sobą, nie zastanawiać się, jak mi poszło. Od tego jest widownia, ona daje wyraźny sygnał, czy jest dobrze, czy źle. Jak tylko spektakl się kończy i wszyscy wychodzimy na scenę, od razu wiadomo. I to jest cudowne. Na koniec człowiek wie, czy dał radę, czy nie.

A nie sądzisz, że klaszczą przez uprzejmość, żeby nie zrobić przykrości aktorowi? Albo z przyzwyczajenia, bo w końcu bilety na Broadway nie są tanie, więc ludzie klaszczą, bo tak wypada.
Myślisz, że biją brawo tylko dlatego, że wydali pieniądze na bilety? Oj, nie sądzę. Byłem na paru takich spektaklach, gdzie bilety były naprawdę drogie, a ludzie jakoś nie klaskali.

Czy masz wrażenie, że w ostatnim czasie nastąpiła wyraźna zmiana w Hollywood? Mam na myśli obecność czarnoskórych aktorów na ekranie. Wydaje mi się, że na naszych oczach dokonuje się istna rewolucja. Wystarczy choćby wspomnieć fenomen filmu "Czarna Pantera".
A wiesz, że udało mi się spotkać Chada i Ryana na pokazie tego filmu? [Chadwick Boseman, odtwórca głównej roli i Ryan Coogler, reżyser – Y. Cz.-H.]. To było w Nowym Jorku. Wchodziłem do kina bocznymi drzwiami i akurat natknąłem się na nich. Kiedy oglądałem ten film, zakręciła mi się łezka w oku, bo przypomniałem sobie, jak czterdzieści lat wcześniej był dla mnie wzorem Sydney Poitier. A teraz ci chłopcy, o pokolenie młodsi, przejęli pałeczkę. Tak mi się to właśnie skojarzyło z biegiem sztafetowym: ja jeszcze nie skończyłem biec, ale wiem, że teraz jest już ich kolej. W sztafecie jest tak, że jak już się przekaże pałeczkę, to człowiek jeszcze przez jakiś czas jest w ruchu. Teraz kwestia polega na tym, czy chłopcy pobiegną dalej i zostawią mnie na torze, czy zechcą odwrócić się i jeszcze na chwilę dać mi pałeczkę z powrotem. Jeśli tak się stanie, to mogę obiecać, że będę z nią leciał tak szybko, na ile serce mi pozwoli. Ale jeśli nie, to przynajmniej będę wiedział, że pałeczka jest w dobrych rękach. I też będzie fajnie.



[Yola Czaderska-Hayek]