Rami Malek gościem Yoli



- To zajęło tydzień. Każdego dnia nagrywaliśmy inną piosenkę. Zaczęliśmy od "Bohemian Rhapsody", a skończyliśmy na "Radio Gaga". A ostatniego dnia odpoczęliśmy – mówi wcielający się w rolę Freddiego Mercury’ego Rami Malek. - Kiedy skończyliśmy grać i zeszliśmy za kulisy, patrzyliśmy na siebie, nie mogąc uwierzyć, że to wszystko się rzeczywiście zdarzyło.

Yola Czaderska-Hayek: Jestem pod wrażeniem Twojej metamorfozy w filmie "Bohemian Rhapsody". Gdy patrzyłeś w lustro, kogo widziałeś: siebie czy Freddiego Mercury’ego?

Rami Malek: Nigdy nie widziałem w stu procentach Freddiego, zawsze miałem świadomość, że to jednak ja. Ale to chyba oczywiste – nikt nie mógłby naśladować Freddiego z idealną dokładnością. Ten człowiek był jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny. Największą trudność sprawiały mi sceny na koncercie. Freddie miał publiczność w garści, robił ze słuchaczami, co chciał. Wiem, że przed wejściem na scenę na pewno miał tremę, ale gdy tylko robił pierwszy krok, znikała ona bez śladu. Ja miałem wielki problem, by się jej pozbyć. Charyzma Freddiego na scenie to coś, czego nikt nie jest w stanie podrobić.

Z tego, co wiem, Freddie nigdy nie szedł na kompromis. Gotów był nawet zerwać kontrakt, jeśli wytwórnia nie zapewniała mu warunków odpowiednich do realizowania jego wizji.

To prawda. Rzeczywiście był gotowy na wszystko. Wiedział, czego chce i nie pozwalał, by cokolwiek zawróciło go z obranej drogi. To wymagało sporo odwagi od człowieka, który znalazł się w Anglii jako młody imigrant, żył w bardzo skromnych warunkach, a do tego jeszcze nieustannie przeżywał rozterki, próbując odkryć swoje prawdziwe "ja". Mimo tych przeciwności był przekonany, że ma światu coś ważnego do powiedzenia i chciał powiedzieć to głośno. Najlepiej przed wielotysięczną publicznością na stadionie.

Życie Freddiego to nie tylko historia sukcesu i wspaniała muzyka. Miało swoją mroczną stronę, ale tej w waszym filmie mało. Dlaczego?

Przed rozpoczęciem zdjęć przez długi czas zadawaliśmy sobie pytanie, jak do tego tematu podejść. Chcieliśmy pokazać jak najpełniej życie Freddiego, a jednocześnie pragnęliśmy uniknąć skandalizującego tonu – to byłoby nie w porządku wobec tak niezwykłego artysty. Freddie nie krył się ze swoją seksualnością, uczynił z niej część swojego wizerunku, i to w czasach, kiedy groziły za to surowe konsekwencje. Wiadomo, że stworzył wspaniały związek z kobietą, Mary Austin, której się oświadczył. Ale przeżył też wiele cudownych chwil z mężczyznami, był przecież biseksualny. To oczywiste, nikt temu nie zaprzecza. Tylko że nasz film trwa tylko dwie godziny, nie dało się nim zmieścić wszystkiego.

Trzeba było zdecydować się, o czym właściwie chcemy opowiedzieć. A wszyscy byliśmy zgodni, że od kwestii, z kim właściwie Freddie chodził do łóżka, ważniejsze było jego rewolucyjne artystyczne przesłanie. Używam słowa "rewolucyjne" z pełną świadomością, ponieważ Freddie konsekwentnie nie pozwalał, by go szufladkowano, marginalizowano, oceniano według stereotypów. I to w czasach, gdy wydawało się to niemożliwe! On wbrew wszelkim ograniczeniom znalazł sposób, by zaistnieć na własnych warunkach. A gdy wychodził na scenę i śpiewał "We Will Rock You" albo "We Are The Champions", to tak naprawdę przekazywał wszystkim, że oni również mają prawo do tego, by być sobą i nikt nie może ich za to oceniać. Widzę to nastawienie dzisiaj u ludzi o pokolenie młodszych i podziwiam Freddiego, że miał odwagę, by przetrzeć im drogę.

Czemu Twoim zdaniem muzyka Queen mimo upływu czasu nadal fascynuje tylu ludzi?

Najprostsze wyjaśnienie jest takie, że ich piosenki błyskawicznie wpadają w ucho. "We Will Rock You" czy "We Are The Champions" każdy potrafi zaśpiewać już po pierwszym odsłuchaniu. Zwłaszcza stojąc w tłumie na koncercie. Wydaje mi się, że te kawałki są wręcz do tego stworzone. Nawet jeśli ogląda się nagranie koncertu w telewizji, kiedy tysiące osób łączą się we wspólnym śpiewie, człowiekowi udziela się ta atmosfera. I to, jak powiedziałaś, mimo upływu czasu. Te piosenki są ponadczasowe i zawsze będą jednoczyć ludzi.

Pomówmy o piosence, która dała tytuł filmowi. Zdziwiłam się, że w scenie nagrywania "Bohemian Rhapsody" w studiu siedzą wszyscy członkowie Queen. Zawsze mi się wydawało, że wszystkie partie w tym kawałku zaśpiewał sam Freddie.

To prawda, że Freddie ze swoim czterooktawowym głosem mógł zaśpiewać wszystko. Ale są w tej piosence tak wysokie tony, że nawet on miał z nimi trudność. Najcieniej ze wszystkich umiał śpiewać Roger [Taylor – Y. Cz.-H.]. Freddie podobno żartował, że Roger potrafi wydawać tak wysokie dźwięki, że tylko psy go słyszą. (śmiech) Wykorzystaliśmy zresztą tę anegdotę w filmie. Co do kwestii, jak wyglądało nagranie, opieraliśmy się na relacjach Briana Maya. Wydaje mi się, że dość wiernie odtworzyliśmy wydarzenia w studiu. Zresztą w całym filmie staraliśmy się trzymać faktów. Czasami pozwalaliśmy sobie na pewne skróty, żeby opowiedzieć jak najwięcej w ciągu dwóch godzin. Ale zawsze wtedy konsultowaliśmy się z Brianem i Rogerem, pytając ich, co oni na to. Na ogół się zgadzali.

Jakiej muzyki słuchał Freddie Mercury? Bardzo jestem ciekawa, czym się inspirował.

Trudno mi odpowiadać za niego. Mogę tylko powiedzieć Ci o tym, czego dowiedziałem się o Freddiem od innych. Na pewno uwielbiał Jimiego Hendrixa, ogromnie cenił też Davida Bowiego. Podziwiał Arethę Franklin, no i oczywiście namiętnie słuchał opery. Nagrał zresztą album operowy z hiszpańską śpiewaczką Montserrat Caballe. Kiedy reszta chłopaków z zespołu w czasie weekendów słuchała rocka, on włączał płyty Pavarottiego. Kochał też Lizę Minnelli, wielokrotnie oglądał "Kabaret" Boba Fosse’a. Wiele z jego scenicznych gestów i zachowań pochodzi właśnie z tego filmu. Dla mnie ta ostatnia informacja była bardzo użyteczna. Przyznaję, że podczas przygotowań do roli obejrzałem "Kabaret" ładnych parę razy.

A poza "Kabaretem" jak wyglądały Twoje przygotowania?

Z reguły, kiedy zaczynam pracować nad rolą, staram się znaleźć jakieś słabostki, czułe punkty mojej postaci. W przypadku Freddiego było to wyjątkowo trudne. Wszyscy znają głównie jego sceniczny wizerunek, ale mało kto wie, jaki był naprawdę poza sceną. Jego biografia pełna jest tajemnic. Wykreował się na rockowe bóstwo, ale prywatnie był bardzo skryty, o wielu rzeczach nie lubił opowiadać publicznie. Nie wiadomo na przykład do końca, jak wyglądały jego relacje z najbliższą rodziną. Wielu rzeczy możemy się tylko domyślać. Postanowiłem więc przyjrzeć się Freddiemu poprzez teksty jego piosenek. Ponieważ w nich najbardziej się odsłonił, pisał z głębi serca.

Kilka cytatów bezpośrednio odnosi się do jego życia. Na przykład w "Bohemian Rhapsody" śpiewa: "Mamo, właśnie zabiłem człowieka". Co to znaczy? Wydaje mi się, że Freddie kieruje te słowa do własnej matki. Mówi o sobie, opowiada o tym, że ten chłopiec, to dziecko, które znała, które miała w pamięci, już nie istnieje. Freddie jest już kimś innym, a to, co było, już nie wróci. Albo kiedy w "We Are The Champions" padają słowa, że "to nie była droga usłana różami", nie było łatwo, ale dałem radę – to przecież brzmi jak osobiste wyznanie. W ten sposób starałem się w miarę możliwości poznać i zrozumieć Freddiego.

Domyślam się, że na tym nie koniec. Musiałeś przyswoić sobie także gesty i sposób zachowania Freddiego. Uczyłeś się także gry na fortepianie?

Tak, nigdy w życiu wcześniej nie siedziałem przy klawiaturze. A miałem do odegrania kilka scen, w których gram na fortepianie. Nie było mowy o tym, by zastąpił mnie dubler. Miałem wrażenie, że wróciłem do szkoły, bo mój dzień przebiegał według rozpisanego planu lekcji: godzina jedenasta – lekcja fortepianu, pierwsza po południu – zajęcia ze śpiewu, trzecia – nauka ruchów. Na wstępnym etapie dowiedziałem się, że nie będę musiał śpiewać, ale szybko okazało się, że to niemożliwe.

Nie wtedy, gdy człowiek odgrywa występ na scenie przed wielotysięczną publicznością. Nie da się wtedy po prostu ruszać ustami. Więc śpiewałem, ile sił w płucach. Czasem z podłożonym głosem Freddiego, czasem nie. A do tego jeszcze dochodzi kwestia słynnego występu na Live Aid. Freddie na żywo śpiewał inaczej niż w studiu – przesłuchałem te nagrania chyba ze sto tysięcy razy. Dlatego musiałem być wyczulony na najdrobniejsze zmiany tonu. Podczas zajęć z nauczycielem śpiewu przeanalizowaliśmy ten występ sekunda po sekundzie. Wydaje mi się, że jakoś udało mi się wstrzelić w odpowiednią tonację.

To kto w końcu śpiewa w filmie? Freddie Mercury czy Ty?

W niektórych scenach ja, w niektórych kto inny, ale w większości słychać głos Freddiego.

Jak udało Wam się nakręcić koncert na Wembley?

To zajęło tydzień. Każdego dnia nagrywaliśmy inną piosenkę. Zaczęliśmy od "Bohemian Rhapsody", a skończyliśmy na "Radio Gaga". A ostatniego dnia odpoczęliśmy… (śmiech) Żartuję, tak naprawdę ostatniego dnia nagraliśmy cały koncert. Okazało się, że zostało nam jeszcze trochę pieniędzy z budżetu, więc reżyser pozwolił nam wyjść na scenę i zagrać wszystko. I to był moim zdaniem mistrzowski ruch, bo w tych scenach, gdzie wykonywaliśmy pojedyncze kawałki, nie było tyle energii i napięcia, co wtedy, gdy zagraliśmy całość. Dopiero wtedy do mnie dotarło, jakie to było przeżycie.

Wyszliśmy na scenę, wokół nas kamery na wysięgnikach, na stadionie tłum ludzi… I oni, i my czuliśmy niesamowite uderzenie adrenaliny. Inaczej też gra się na koncercie, kiedy wiadomo, że nikt nie krzyknie za chwilę "Cięcie!". Kiedy zaczęły się pierwsze takty "Bohemian Rhapsody", miałem wrażenie, że unoszę się nad sceną. Jakby to był prawdziwy koncert, a nie kręcenie filmu. Kiedy skończyliśmy grać i zeszliśmy za kulisy, patrzyliśmy na siebie, nie mogąc uwierzyć, że to wszystko się rzeczywiście zdarzyło.

Zdarza Ci się teraz śpiewać pod prysznicem?

A kto nie śpiewa pod prysznicem? Bez przesady, to akurat nic takiego. Po tym filmie za to mogę z ręką na sercu powiedzieć, że nauczyłem się lepiej tańczyć. Mogę wyjść na parkiet bez obaw. A jak jest półmrok, to wyglądam prawie jak Freddie Mercury. (śmiech) Zwykle, kiedy kończę pracę nad rolą, to staram się odciąć od mojej postaci, odpocząć od niej. A z Freddiem jakoś nie chciałem się rozstawać. Mógłbym to porównać do sytuacji, w której żegnasz się z kimś na lotnisku, ale idąc do samolotu, ciągle oglądasz się za siebie, żeby sprawdzić, czy ten ktoś nadal tam stoi i patrzy za tobą. Tak jest właśnie z Freddiem: dla mnie on ciągle gdzieś tam jest, ciągle gdzieś tam czeka. I mam nadzieję, a może nawet pewność, że nigdy nie zniknie.



[Yola Czaderska-Hayek]