Quentin Tarantino gościem Yoli




Byłem na kilku pokazach mojego filmu. Wyobrażasz sobie, że niektórzy nie rozpoznali dosłownego cytatu z "Wielkiej ucieczki"? Jak można, k…a, nie rozpoznać, że to Steve McQueen? - mówi Wirtualnej Polsce Quentin Tarantino. 16 sierpnia do kin wchodzi "Pewnego razu... w Hollywood", a 3 sierpnia na festiwalu Nowe Horyzonty pierwsza polska projekcja dla publiczności.

Yola Czaderska-Hayek: Dlaczego, nawet jeśli akcja twojego filmu toczy się w odległej epoce, to zazwyczaj bierzesz tę przeszłość w cudzysłów? Zamiast pokazywać historyczne realia, bawisz się. Tworzysz własną rzeczywistość, nawet jeśli nie jest ona zgodna z faktami…

Quentin Tarantino: Doceniam subtelność, z jaką próbujesz nawiązać do mojego najnowszego filmu, "Pewnego razu... w Hollywood". Spróbuję równie subtelnie odpowiedzieć. W swoich filmach – to znaczy, w tych, których akcja rzeczywiście toczy się w przeszłości – starałem się, by opowieści, które chcę przekazać widzom, miały baśniowy charakter. Równie dobrze można by powiedzieć: "bajkowy", ale ja wolę mówić o baśniach i o kontraście, jaki tworzą z prawdą historyczną.

John Milius napisał kiedyś rewelacyjny scenariusz filmu "Sędzia z Teksasu". Pamiętasz to słynne hasło z plakatu? "Nawet jeśli to się nie wydarzyło, to powinno się wydarzyć". (śmiech) Tej zasady staram się trzymać. Kręcąc filmy historyczne, nakładam na siebie rozmaite ograniczenia, ale z drugiej strony nie pozwalam, by krępowały mnie całkowicie.

W "Pewnego razu... w Hollywood" z sympatią opowiadasz o starych czasach Fabryki Snów. Urzekła mnie ta nostalgia. Skąd czerpałeś inspiracje?

Wiele scen pochodzi z moich wspomnień. W 1969 roku mieszkałem w Los Angeles. Nie wiem, czy udałoby mi się oddać tę niepowtarzalną atmosferę miasta, gdybym wtedy nie słuchał radia KHJ – jak zresztą dosłownie wszyscy, których znałem – albo gdybym nie jeździł volkswagenem karmann ghia po ulicach, oglądając reklamy, plakaty, przystanki autobusowe… Pracując nad filmem, przywoływałem z pamięci reklamy telewizyjne z tamtych czasów, piosenki, które leciały w radiu – najkrócej mówiąc, przypominałem sobie miasto.

Baśniowy charakter "Pewnego razu... w Hollywood" to dla mnie swego rodzaju odpowiednik "Rzymu" Felliniego, czyli osobista opowieść odtworzona ze wspomnień. A skoro bazuje przede wszystkim na tym, co zapamiętałem, nie jest wiernym odbiciem rzeczywistości. Czasem, kiedy przywołujemy wspomnienia z dzieciństwa, niektóre rzeczy mogą nam się mieszać. Na przykład wydarzenia dziejące się w obrębie trzech lat w naszej pamięci rozgrywają się w tym samym roku. Albo w ogóle coś nam się pomieszało i jakieś zdarzenie zapamiętaliśmy zupełnie inaczej, niż było naprawdę.

Mam tego pełną świadomość, mimo to zdecydowałem się nakręcić film, opierając się wyłącznie na wspomnieniach. Wiem, że dziś wyjątkowo łatwo jest zweryfikować fakty pod kątem prawdy historycznej, ale nie zamierzałem tego robić. Nie chciałem pokazywać na ekranie, jak Riverside Drive wyglądał naprawdę, tylko tak, jak ja to zapamiętałem.

A jak zapamiętałeś lądowanie człowieka na Księżycu? Niedawno świętowaliśmy jego pięćdziesiątą rocznicę.

To dziwne, ale nie pamiętam zupełnie nic. Nie mam żadnych wspomnień w stylu: cała rodzina siedzi przed telewizorem, ogląda ten historyczny moment i słucha Waltera Cronkite’a. Nic z tych rzeczy. Jeśli chodzi o przełomowe chwile w telewizji, które zapisały mi się w pamięci, to pierwsze miejsce zajmuje rezygnacja Nixona w 1974 roku. To rzeczywiście oglądałem i zapamiętałem dobrze.

Skoro podstawą "Pewnego razu… w Hollywood" są twoje wspomnienia, to na kim wzorowałeś postać, którą gra Leonardo DiCaprio?

Specyfika tej roli polega na tym, że Leo nie gra jednego faceta, ale jak gdyby kilku. Bo oprócz Ricka, bohatera filmu, na ekranie pojawiają się także postacie, w które się wciela. Leo i ja spędziliśmy razem wiele czasu na studiowaniu biografii hollywoodzkich aktorów z dawnych czasów. Życiorys Ricka wzorowany jest na losach czterech, może pięciu artystów o podobnych ścieżkach kariery. Od każdego z nich czerpałem po trochu: raz od jednego, raz od drugiego… W zależności od sceny.

A potem zacząłem pokazywać Leonardowi stare seriale. Ciekawie obserwowało się go przy oglądaniu. On przecież nie miał pojęcia, kim są ci aktorzy, miał zupełnie świeże spojrzenie. A jeśli coś zrobiło na nim wrażenie, to potem o tym rozmawialiśmy. Dlaczego akurat ta scena, dlaczego akurat ten aktor?

Których aktorów braliście za wzór?

Na pierwszy ogień poszedł Edd Byrnes, czyli Kookie z serialu "77 Sunset Strip". Całkiem przyjemnie się to oglądało. Potem jeszcze pokazałem mu Ty Hardina i George’a Maharisa, a później jeszcze paru innych. Ale, co ciekawe, to właśnie Edd Byrnes najbardziej mu się spodobał. A przecież Leo nigdy wcześniej nie widział tego serialu i nigdy nie słyszał o Kookiem. Po prostu uznał, że ten facet ma styl i dobrze wygląda na ekranie. Ale najbardziej, naprawdę poza wszelką konkurencją, przypadł mu do gustu – z czego się bardzo cieszę, bo to jeden z moich ulubionych aktorów – Ralph Meeker. Leo obejrzał parę jego filmów i stwierdził: "Ten facet jest niesamowity!". Jestem naprawdę dumny z tego, że dzięki mnie Leo stał się fanem Ralpha Meekera.

Kłopot polegał na tym, że podczas tej wspólnej pracy nie wyszliśmy poza przeszłość naszego filmowego Ricka. W pewnym momencie także Leo zwrócił na to uwagę i zadał mi pytanie: "No dobra, teraz już wiem, co działo się z moim bohaterem. Ale co się z nim dzieje teraz? Jak ja mam to zagrać?".

Nie było wyjścia, zaczęliśmy szukać wśród innych aktorów. Rzucił mi się w oczy Pete Duel, który grał główną rolę w westernowym serialu "Alias Smith and Jones" i popełnił samobójstwo w 1971 roku. Rozmawiałem na ten temat z Bradem [Pittem – Y. Cz.-H.], bo okazało się, że obydwaj w dzieciństwie uwielbialiśmy ten serial. I obydwaj jednakowo mocno przeżyliśmy śmierć Pete’a Duela. Po raz pierwszy w życiu, niezależnie od siebie, zetknęliśmy się z samą ideą samobójstwa, z samym pomysłem, że ktoś może w ogóle chcieć skończyć ze sobą. Nigdy wcześniej nie słyszeliśmy o nikim, kto odebrał sobie życie, nie znaliśmy nikogo takiego. Podejrzewam, że dość podobnie wyglądały nasze rozmowy z ojcami: "Tato, Pete Duel popełnił samobójstwo. Co to jest samobójstwo?". "To znaczy, że się zabił". "Zabił się? Ale dlaczego się zabił?". "Bo może było mu smutno". "Ale dlaczego było mu smutno? Przecież był gwiazdą 'Alias Smith and Jones'"...

Kiedy opowiadałem o nim Leonardowi, uświadomiłem sobie, że być może cierpiał na chorobę dwubiegunową. Zapewne nie zdawał sobie nawet z tego sprawy, nie było zresztą wówczas nikogo, kto mógłby go odpowiednio zdiagnozować. Dużo pił, głównie dlatego, żeby osłabić wahania nastrojów. Niewykluczone, że gdy znalazł się w wyjątkowym dołku, postanowił się zastrzelić. Leo zainspirował się tą historią. Zaproponował, żeby Rick również zdradzał objawy choroby dwubiegunowej. Nie chcieliśmy niczego tłumaczyć wprost, wysyłaliśmy tylko pewne sygnały: jego huśtawkę nastrojów, napady szału, ciągi alkoholowe… To pozwoliło nam również wytłumaczyć, czemu bohater filmu jest w takiej fatalnej formie.

Jak wpadłeś na to, by zaangażować Margot Robbie do roli Sharon Tate?

Kiedy pisałem scenariusz, zastanawiałem się nad doborem aktorów do ról Ricka i jego dublera. To musiała być idealnie dobrana para, więc układałem w głowie przeróżne kombinacje, aż trafiłem na właściwą. Natomiast w scenach z udziałem Sharon Tate nie wyobrażałem sobie nikogo innego poza Sharon Tate. Dopiero kiedy skończyłem pracę nad tekstem, zadałem sobie pytanie: no dobra, ale kto ją zagra? Margot była oczywistym wyborem.

Nie chcę, żebyś sobie pomyślała, że schlebiam teraz aktorce, która została gwiazdą mojego filmu, ale naprawdę nie miałem żadnej innej kandydatury. Nie wiedziałem, komu dać rolę, jeśli Margot się nie zgodzi albo nie będzie miała czasu. Jedyna możliwość, jaką dopuszczałem, to zaangażować jakąś debiutantkę. Ale postawiłem wszystko na jedną kartę. Umówiłem się z Margot na spotkanie. Nie miała pojęcia, o co mi chodzi – czy chcę tak po prostu porozmawiać o planach na przyszłość, czy może mam na myśli coś konkretnego. Nie było tajemnicą, że jestem na etapie przygotowań do kolejnego filmu, ale nikt nie wiedział, że szukam odtwórczyni roli Sharon.

Po krótkim wstępie zapytałem Margot: "Czy wiesz, kim była Sharon Tate?". Odpowiedziała, że oczywiście. Okazało się, że gdy zamieszkała w Los Angeles, razem z przyjaciółką zgłębiły całą historię. Kilka razy nawet wybrały się nocą na Cielo Drive [pod dom, w którym Charles Manson wraz z osobami z jego sekty zamordował Sharon Tate – Y. Cz.-H.] i czytały "Helter Skelter" [dokumentalną książkę o zbrodni Mansona – Y. Cz.-H.]. Znała wszystkie najważniejsze fakty, wiedziała, że Sharon była żoną Romana Polańskiego, przeczytała jego książkę o ich małżeństwie. Nie mogłem uwierzyć w taki zbieg okoliczności.

Po raz kolejny mam wrażenie, że nosisz w głowie encyklopedię kina. Czy widzowie wychwytują wszystkie nawiązania w twoich filmach?

Różnie z tym bywa. Byłem na kilku pokazach "Pewnego razu… w Hollywood". Wyobrażasz sobie, że niektórzy nie rozpoznali dosłownego cytatu z "Wielkiej ucieczki"? Serio, odtworzyliśmy całą scenę z "Wielkiej ucieczki". Ludzie uznali ją za jeszcze jeden fragment jakiegoś fikcyjnego filmu z Rickiem. Jak można, k…a, nie rozpoznać, że to Steve McQueen? Już po samej skórzanej kurtce powinni się zorientować. To najbardziej charakterystyczna kurtka w dziejach kina.

Podobnie w moim scenariuszu Rick trafia do obsady spaghetti westernu "Nebraska Jim" w reżyserii Sergio Corbucciego. Tytuł zmyśliłem, ale nie muszę chyba tłumaczyć, kim był Sergio Corbucci, prawda? To jeden z najwybitniejszych mistrzów kina, jego filmy to do dziś klasyka. Tymczasem Rick nie potrafi tego docenić, a udział w spaghetti westernie uważa za degradację. Jest zbyt wielkim kutafonem, żeby pojąć, jakie szczęście go spotkało. Dlatego następny film, "Operation Dyn-O-Mite!", kręci już z innym reżyserem, Antonio Margherittim.

Tylko że – i tu się zaczyna moje kombinowanie, to cały ja – do zilustrowania tej sekwencji wykorzystałem urywki z "Garści dynamitu" Corbucciego. Nori Corbucci [wdowa po reżyserze – Y. Cz.-H.] pytała mnie: "Czemu u ciebie jakiś Margheritti nakręcił film Sergia?". Bo chciałem pokazać, że Rick nie jest na tyle dobry, by dostać rolę u Corbucciego dwa razy z rzędu.

Dawne czasy Hollywood to epoka wielkich gwiazd, które przyciągały widzów do kin. Czy twoim zdaniem dzisiaj istnieją aktorzy zasługujący na podobne miano?

Sam nie wiem. Wydaje mi się, że era prawdziwych supergwiazd dobiegła końca gdzieś w latach 90. No, ewentualnie tuż po roku 2000. Oczywiście to wyłącznie kwestia mojego subiektywnego odbioru, być może o kimś zapomniałem, kogoś pominąłem… Jasne, że nadal funkcjonują w tej branży osoby pokroju Leonarda i Brada, czy chociażby Johnny Depp, ale to są weterani obecni na ekranie od co najmniej dwudziestu lat. Z młodych twarzy zapadła mi w pamięć chociażby Jennifer Lawrence – wybiła się jakieś dziesięć lat temu i uważam, że jest rewelacyjna. Śmiało mogę ją nazwać Bette Davis obecnej generacji.

Problem polega na tym, że zdolnych aktorów wcale nie brakuje, chodzi jednak o to, że trudno im zostać gwiazdami z prawdziwego zdarzenia. Gwiazda to ktoś, kogo chcesz zobaczyć w każdym kolejnym filmie, niezależnie od tego, kogo w nim zagra. W naszych czasach wystarczy, że aktor zagra superbohatera w filmie Marvela i staje się automatycznie przypisany do roli. Tyle tylko, że popularność zdobywa postać, a nie wcielający się w nią człowiek. Sławny jest, powiedzmy, Falcon, a nie Anthony Mackie. Przy czym nie zamierzam tu pomniejszać dorobku aktora, cytuję bodajże jego własne słowa. Ludzie stają się rozpoznawalni, grając bohaterów z biznesowych franczyz. Znika natomiast gdzieś nastawienie: "Ciekawe, co ten aktor pokaże w następnym filmie, u tego czy tamtego reżysera". W ciągu ostatnich lat coraz rzadziej się z nim stykam.

Jak zatem widzisz przyszłość kina?

Nie mam pojęcia. Nie chcę ci udzielać byle jakiej odpowiedzi na odczepnego, bo naprawdę nie wiem. Nawet nie próbuję bawić się w przewidywanie, bo nie wiem, co w ogóle miałbym przewidywać. (śmiech) Po prostu zaczekajmy i przekonajmy się sami, co przyniesie czas.



[Yola Czaderska-Hayek]